Łączka to mała wieś w województwie mazowieckim. Leży w połowie drogi między Mińskiem Mazowieckim a Siedlcami. Liczy niecałe 30 numerów i nie ma nawet własnego kościoła. O historii tego miejsca nie sposób dowiedzieć się z wyszukiwarki internetowej. Co oczywiście nie oznacza, że nic się tutaj nie działo!



Dla Pani Krystyny Strzalińskiej z domu Gaciong (ur. w 1929 roku) Łączka jest scenerią najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa, przypadających na lata 30. i 40. XX wieku. To Jej mała ojczyzna, gdzie jako kilkuletnia dziewczynka miała okazję obcować z różnymi narodowościami, kulturami i religiami. W tamtym czasie wieś była pod wpływem mariawitów, którzy na początku XX wieku pojawili się w pobliskim Cegłowie. W latach 1906-1907 wyparli nawet katolików z kościoła parafialnego w Żeliszewie. W Łączce i okolicy przed II wojną światową mieszkało też sporo Niemców. W albumie Pani Krystyny zachowały się przedwojenne zdjęcia Jej niemieckich koleżanek. W tym samym czasie rodzina Gaciongów wynajmowała Żydom duży dom z ogrodem. Latem żydowska rodzina Nowickich z Warszawy przyjeżdżała do tego gospodarstwa w celach wypoczynkowych i spędzała tam czas w towarzystwie Polaków.
Losy rodziny Pani Krystyny splatają się z lokalną historią za sprawą jej ojca Stanisława Gacionga – nauczyciela i zasłużonego działacza społecznego. To m.in. z jego inicjatywy w latach 30. XX wieku w Koszewnicy powstała stacja kolejowa. Od blisko 90 lat służy ona mieszkańcom, którzy dzięki niej mogą dostać się bezpośrednio do Siedlec czy do stolicy.
Pani Krystyna od dawna mieszka w centrum Warszawy. Chociaż w tym roku skończyła 96 lat, nadal ma doskonałą pamięć i jest skarbnicą wiedzy o swoich rodzinnych stronach. Spotkałyśmy się w lutym w jej mieszkaniu w towarzystwie wnuczki Weroniki – mojej czytelniczki.
Opowieści Pani Krystyny okrasiłam własnymi komentarzami rozjaśniającymi kontekst historyczny. Ilustrują je także zdjęcia opisywanych miejsc, które zrobiłam w trakcie trzech wakacyjnych wycieczek – specjalnie na potrzeby tego tekstu.
Mariawici w Żeliszewie
Mój ojciec Stanisław Gaciong urodził się w 1898 roku we wsi Kotuń pod Siedlcami w rodzinie mariawickiej. Zwłaszcza jego matka była twardą mariawitką. Z moją mamą Weroniką z domu Urban wziął ślub w kościele mariawickim. Moi trzej starsi bracia również zostali ochrzczeni u mariawitów.
Kiedy tata skończył szkołę, został skierowany do pracy w Łączce, gdzie jego teść pełnił funkcję sołtysa.
Ojciec pracował jako nauczyciel i był człowiekiem postępowym. Dlatego z czasem przeszedł na katolicyzm. Ja urodziłam się w 1929 roku i ochrzczono mnie już w Kościele katolickim. Moi bracia również się przechrzcili. Ale część mieszkańców Łączki pozostała mariawitami. Mam w albumie zdjęcie ze szkoły w Łączce z czasów okupacji. Pozują na nim siostry mariawitki, które uczyły religii.
Miałam koleżankę tego wyznania, naszą sąsiadkę. Zenia była wnuczką księdza mariawickiego, który ożenił się z siostrą zakonną. Po swojej babci zakonnicy dostała śpiewnik, dlatego znała wiele pięknych pieśni. Często do niej chodziłam i razem śpiewałyśmy. Zwłaszcza kolędy. W trakcie okupacji w okresie bożonarodzeniowym spędzałam u niej mnóstwo czasu, bo miała w domu choinkę. W naszym domu jej nie było. Mama nie chciała jej mieć – z rozpaczy z powodu wojennych losów swoich synów.
Czasem w drugim domu w Koszewnicy odwiedzał nas mariawicki ksiądz. Przyjeżdżał rowerem z Cegłowa. Później został biskupem i wyjechał do Płocka, czyli do mariawickiej Częstochowy.



Komentarz: 2 sierpnia 1893 roku katolicka zakonnica Maria Franciszka Kozłowska doświadczyła przeżycia mistycznego – objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia. Na początku XX wieku Mateczka Kozłowska zgodnie z wolą Jezusa założyła Zgromadzenie Kapłanów Mariawitów, którego nie zaakceptował papież Pius X. W 1906 roku mariawici zostali ekskomunikowani. To wykluczenie dało początek nowemu wyznaniu – obecnie znanemu jako Kościół Starokatolicki Mariawitów.
Jeszcze w tym samym roku mariawici z Cegłowa opanowali kościół katolicki w Żeliszewie. Powodem było niezadowolenie parafian z ówczesnego proboszcza, gdyż był on arystokratą i w pogardliwy sposób odnosił się do wiernych. W ramach bojkotu katolicy z Żeliszewa i okolic w każdą niedzielę jeździli do pobliskiego Cegłowa, gdzie posługę sprawowali księża mariawici. Sprzyjał temu fakt, że kapłani mariawiccy byli skromni, pracowici i bardzo gorliwi, co imponowało chłopom. Nie pobierali też od nich opłat za udzielanie sakramentów. Tym samym większość parafian (w tym mieszkańcy wsi Łączka) przeszła na mariawityzm.



Mariawici przejęli budynek drewnianego kościoła pw. Świętej Trójcy w Żeliszewie Podkościelnym. Jednak zaledwie rok później musieli go opuścić na mocy wyroku sądu. Mimo niekorzystnego rozstrzygnięcia nie poddawali się – okupowali świątynię dniami i nocami. Odeszli dopiero, gdy sprowadzone wojsko zaczęło rąbać drzwi wejściowe. Podczas ucieczki mariawici zabrali ze sobą sprzęt kościelny.



W trakcie tej rocznej „okupacji” kościoła w Żeliszewie w pobliskim Kotuniu działalność misyjną prowadził ksiądz katolicki Antoni Kotyłło. Wraz z pozostałymi wiernymi zorganizował tam prywatną kaplicę. W okresie wakacyjnym do prowizorycznego miejsca kultu w Kotuniu przyjeżdżali letnicy z Warszawy i Siedlec – niektórzy z ciekawości, inni żeby okazać solidarność.
Pomimo odzyskania kościoła w Żeliszewie Podkościelnym, katolicy byli już na tyle przywiązani do kaplicy w Kotuniu, że w latach 20. XX wieku powstała tam parafia pw. Świętego Antoniego. Największą ofiarę na budowę nowej świątyni, w tym pokrycie dachowe złożył powstaniec styczniowy Kazimierz Klein.
Stara wiara, tj. katolicyzm pozostała w starym kościele, nowa (mariawityzm) wybudowała sobie nowy. Kościół Starokatolicki Mariawitów pw. Wniebowzięcia NMP znajduje się w Żeliszewie Dużym, zaledwie półtora kilometra od okupowanej niegdyś Parafii Rzymskokatolickiej Świętej Trójcy w Żeliszewie Podkościelnym. Do mariawickiej Parafii Wniebowzięcia NMP w Żeliszewie Dużym przynależy też zabytkowa kaplica z 1915 roku w Dąbrówce-Stanach.






W 1907 roku, kiedy katolicy odzyskali kościół parafialny w Żeliszewie Podkościelnym, wielu mieszkańców porzuciło mariawityzm. Kolejna fala powrotu do katolicyzmu miała miejsce po 1921 roku, tj. po śmierci Mateczki Kozłowskiej. Wówczas głównym przełożonym został biskup Jan Maria Kowalski, który ogłosił siebie papieżem w Płocku. Wprowadzał on coraz bardziej absurdalne przepisy, jak np. kapłaństwo ludowe, „małżeństwa duchowe” księży z zakonnicami, czy de facto poligamię „dla zarządu”. Jego decyzje doprowadziły do rozłamu wewnątrz mariawitów i porzucenia nowego wyznania przez część z nich.



Stacja kolejowa w Koszewnicy
Tak jak wspominałam, miałam trzech braci. Najstarszy z nich urodził się w 1918 roku. Wszyscy dojeżdżali do gimnazjum do Siedlec, a najbliższa stacja kolejowa znajdowała się w Kotuniu [11 km od Łączki]. Dlatego mieszkali na stancji u mojej babci. To było dla nich niezręczne i niewygodne.



Po części dzięki mojemu ojcu w Koszewnicy powstała stacja kolejowa. Miała znajdować się w innym miejscu, ale tata wywalczył, aby wybudowano ją blisko naszego nowego domu. Pamiętam wylewanie fundamentów. Byłam małą dziewczynką, miałam cztery, może pięć lat [1933-1934 rok]. Nosiłam kamienie w fartuszku. Budowa została ukończona jeszcze przed II wojną światową.
Obok tej stacji do dziś stoi stary dom, w którym mieszkał torowy Ciechowicz. Wyprowadził się stamtąd w 1938 roku.
Dzięki powstaniu stacji w Koszewnicy poznałam inną małą dziewczynkę – córkę kolejarza. Spotkałyśmy się ostatnio po wielu latach. Przypomniała mi, że tuż przed wojną urodzili się jej bracia bliźniacy. Zachorowali na jakąś ciężką chorobę zakaźną, na którą nie było wówczas lekarstwa. Po kilku miesiącach zmarli. Do niedawna nie miałam pojęcia, że mój tata był ojcem chrzestnym jednego z tych braciszków.



Szkoła w Łączce
Ojciec był bardzo uczynny, od zawsze angażował się społecznie. Często przebywał poza domem, więc mama nie miała żadnej pociechy z męża. Przed wojną zorganizował szkołę w w Łączce w budynku, który wynajął od swojego teścia – sołtysa. Szkoła działała również w trakcie okupacji. Uczył wszystkiego, bo to były tylko pierwsze cztery klasy szkoły podstawowej. Likwidował analfabetyzm, wyciągał chłopaków zza pieca. Dzięki niemu niejeden chłopiec kształcił się dalej, skończył szkołę średnią, zdobył dobry zawód, poszedł do wojska.
Tata często wyjeżdżał do Siedlec, gdzie załatwiał różne sprawy. W tym czasie to ja pełniłam rolę nauczycielki [śmiech]. Miałam zaledwie 10 lat, ale organizowałam jakieś czytania albo dyktanda. Czasem tylko trudno mi było utrzymać dyscyplinę.
W tamtym czasie do szkoły przychodził taki łobuziak, który często pytał ojca:
– Proszę pana, a kiedy pan wyjeżdża do Siedlec?
– A co cię to obchodzi? Po co ci to do wiadomości potrzebne?
– Bo ja bym chciał, proszę pana, żeby mnie Krysia uczyła!
Pomieszczenie szkolne sąsiadowało z kuchnią. Przez drzwi do kuchni można było wejść do klasy. Kiedy byłam młodsza, zdarzało mi się siedzieć przy drzwiach i podsłuchiwać. Interesowały mnie zwłaszcza lekcje religii, bo na katechezy przyjeżdżał zarówno ksiądz katolicki, jak i siostra mariawicka.
Czasem dziewczyny brały mnie do siebie do ławki i szeptały: „Schowaj się! Schowaj!” Siedziałam pod ich ławką i przysłuchiwałam się lekcjom mojego ojca. Kiedyś w końcu mnie zauważył i od razu stamtąd wypędził!
Żydowscy sąsiedzi
Nasz dom w Łączce wynajmowaliśmy Żydom. Kiedy miałam 6 lat, w Warszawie urodził się wnuk najemczyni. Gdy Izaak trochę podrósł, przyjechał na wieś razem ze swoją mamą Esterą Nowicką i zostali u nas na całe lato. Wraz z moją mariawicką koleżanką Zenią bardzo go polubiłyśmy. Wołałyśmy na niego „Izio”. Cały czas na zmianę łapałyśmy tego dzieciaka i sobie go wyrywałyśmy, jak lalkę. A ta Żydówka wynajmująca od nas gospodarstwo – była taka fajna! Do dziś robię karpia po żydowsku z jej przepisu. Doskonale pamiętam jego przedwojenny smak.
Żydowska rodzina Nowickich prowadziła na Pradze fabrykę „Rygawar”. Dzięki temu w dzieciństwie miałam dostęp do ówczesnych dóbr luksusowych – piłek i tzw. generałek, czyli kolorowych gumowych butów.
Podczas okupacji bardzo niechętnie wyjechali do Rosji. W Rosji mieszkała siostra Estery. Błagała ją: „Przyjedź!” Zabrała ją tam siłą. Dzięki temu przeżyli.
Wiele lat później, kiedy pracowałam w Banku Pekao w Warszawie, mój kolega regularnie przynosił mi „Życie Warszawy”. Wzięłam gazetę do ręki, i co ja tam przeczytałam: „Izaak Kagan otwiera w Moskwie pierwszy sklep koszerny”. To był ten Izaak, którego niańczyłam!
Pani wie, że ja napisałam do nich list przez ambasadę? Ale nic mi nie odpisali. Może dlatego, że podczas wojny Łączka miała złą sławę. Chyba coś tam było z Żydami na bakier. A myśmy tam żyli z nimi naprawdę w zgodzie. Chętnie u nas mieszkali.
Komentarz: Warszawsko-Ryska Fabryka Wyrobów Gumowych „Rygawar” Spółka Akcyjna powstała w latach 1897-1900 dla Berlińskiego Towarzystwa Akcyjnego. Zajmowała się produkcją obuwia gumowego. Kilkakrotnie zmieniała właścicieli. W latach 1909-1924 produkowano tam oleje i margaryny roślinne, a następnie konserwy mięsne. W 1924 roku zakład przejęło Warszawsko-Ryskie Towarzystwo Akcyjne i powróciło do produkcji wyrobów gumowych. Być może żydowska rodzina Nowickich miała udziały w tej firmie. W latach 50. fabryka została upaństwowiona. Budynek zburzono na przełomie 2007 i 2008 roku pod inwestycje deweloperskie.
Fabryka znajdowała się przy ul. Gocławskiej 9 na Pradze-Południe. Była to typowa zabudowa przemysłowa z czerwonej cegły. W Archiwum Urzędu Dzielnicy Praga Południe zachowało się zdjęcie tego nieistniejącego już zakładu. Historię budynku odnalazłam dzięki varsavianistom tworzącym inicjatywę TU BYŁO, TU STAŁO.
Mniejszość niemiecka w Łączce
Przed wojną w Łączce mieszkało sporo Niemców. Mam w albumie zdjęcie koleżanek z tamtego czasu – same Niemki!
O, a tutaj jest zdjęcie Niemca Markwarta przy naszym domu w Łączce. Jego syn Edmund kolegował się z moim bratem.


Niemcy mieli własną szkołę. Na katechezy uczęszczali do szkółki przy parafii ewangelickiej. Pastor, który uczył ich religii, nazywał się Krauze.
Kiedy wybuchła wojna, jeszcze we wrześniu wszyscy Niemcy z żalem stąd wyjechali. Pozostawili po sobie puste budynki. Do jednego z nich wprowadzili się Polacy, przesiedleńcy z Poznania. Zostali serdecznymi znajomymi naszej rodziny.
W latach 70. pojechałam z wizytą prywatną do RFN, mimo że w tamtym czasie bardzo trudno było dostać na to pozwolenie. Z wyjazdem pomógł mi mój znajomy Niemiec, który tam mieszkał. Miał on kontakt do jednej z moich przedwojennych niemieckich koleżanek. Urodziła się w Łączce i dobrze znała język polski. Dlatego bardzo mnie to zdziwiło, gdy znajomy powiedział: „Wiesz co Krysia, ale ona nie mówi po polsku. Jak wy się porozumiecie?”
Ja co prawda uczyłam się niemieckiego i wiele rozumiałam, ale z mową, to wie pani, trzeba obcować. Przez wiele lat nie miałam kontaktu z tym językiem. Mimo wszystko postanowiłam się z nią spotkać. Gdy otworzyła mi drzwi, powiedziała po niemiecku: „Wiesz, bardzo mi przykro, że nie mogę z tobą rozmawiać”. Siedziała tak jeszcze w milczeniu przez godzinę. Po czym nagle zaczęła mówić po polsku! Wszystko jej wróciło, jakby ktoś jej coś wlał do głowy. Jak to możliwe, że człowiek nic nie pamięta, a potem w jednej chwili wszystko mu się przypomni?
Komentarz: W 1937 roku Ludwik Ręgowicz na łamach „Strażnicy Zachodniej” tak pisał o Niemcach zamieszkujących Mazowsze: Na ziemiach byłego zaboru rosyjskiego przy życzliwości władz rosyjskich opanował żywioł niemiecki polskie życie gospodarcze, a ponadto rozsadzał narodową i wyznaniową spoistość społeczeństwa polskiego.
Niemcy byli drugą po Żydach najliczniejszą mniejszością na tych terenach. Zamieszkiwali głównie obszary wiejskie i trudnili się rolnictwem. Byli dobrze zasymilowani, posługiwali się zarówno językiem niemieckim, jak i polskim.
Nie dotarłam do informacji, skąd przybyli Niemcy, którzy osiedlili się na obszarze dzisiejszej gminy Kotuń. Natomiast w XVIII i XIX wieku w kilku podwarszawskich miejscowościach pojawili się osadnicy niemieccy. Ich obecność miała na celu otoczyć Warszawę wieńcem kolonii niemieckich. Być może Niemcy z Łączki byli potomkami tych osadników?
Losy rodziny Gaciongów podczas II wojny światowej
Tuż po wojnie po okolicy krążyli zarówno partyzanci, jak i zwykłe łobuzy, złodzieje, którzy nachodzili dom. Zdarzały się napady. Jednak w trakcie okupacji w porównaniu z innymi miejscami w Polsce i tak było tu dosyć spokojnie.
Raz tylko moja babcia wraz z ojcem znaleźli się pod rosyjskim ostrzałem. Próbowali przejść z jednego budynku do drugiego, bo w tym pierwszym znajdowało się za dużo ludzi. I akurat padł strzał w dachówkę, która spadła im tuż przed nosem. Chcieli się ocalić, a mało brakowało, by dostali cegłą w głowę!
Wszyscy moi bracia zostali złapani w łapankach. Najstarszy Janek trafił na Syberię. Tadeusza wywieźli na roboty do III Rzeszy. Stasia też złapali, ale zdołał uciec. Później ukrywał się u naszych sąsiadów, bo Niemcy chodzili i kontrolowali, czy przypadkiem nie ma go w domu. Mama nosiła mu jedzenie.
Janek przeżył syberyjskie mrozy, bo sam nauczył się robić na drutach. Dziergał swetry, skarpety i rękawiczki – dla siebie i współwięźniów. Wełnę jakoś udawało im się pozyskiwać.
Był bardzo zdolny. Po wojnie skończył prawo. Zmarł 8 lat temu w wieku 96 lat. Dwa lata przed śmiercią jeszcze pielęgnował ogródek. Miał tak zadbane róże! Do końca zachował też trzeźwy umysł i prowadził sprawy swojej spółdzielni.
W trakcie pobytu na Syberii zakochała się w nim rosyjska lekarka. Miał przez nią problemy, bo koniecznie chciała z nim wracać do Polski. Dlatego powiedział jej, że w Polsce już czeka na niego sympatia. To nie była prawda – jego narzeczona została zamordowana.
Morderstwo w Guzewie
Pierwszą narzeczoną mojego brata Janka zastrzelił znajomy jej rodziny.
Zenia mieszkała w Guzewie i Janek często do niej przyjeżdżał. Jeździł rowerem, a z Łączki na skróty wcale nie było tam tak daleko. Często robili coś razem, np. gotowali pyzy. Janek wszystko potrafił zrobić!
Pewnego razu, gdy tylko odjechał od Zeni, przyszedł do niej tamten kawaler. Wziął ze sobą gruby śrut, który wcześniej pożyczył od ojca Zeni(!), myśliwego. Wywołał ją przed dom. A to była wiosna, jeszcze kwitły bzy. I wśród tych bzów zaczął jej wygarniać, że jak ona może spotykać się z innym. Zenia mu odpowiedziała, że nie zgadza się z nim żyć i wychodzić za niego za mąż. I wtedy strzelił jej w brzuch.
Ojciec Zeni prowadził duże gospodarstwo. Natychmiast zaprzągł najlepsze konie, zaniósł ją na wóz i wyruszyli do lekarza. A lekarz był dopiero w Mrozach – wsi oddalonej o jakieś pięć, sześć kilometrów od Guzewa. Podczas tej drogi ojciec pytał:
– Zenia, jak to się stało?
– Tatusiu, jak wyzdrowieję, to powiem.
Gdy dotarli do lekarza, wciąż była przytomna. Jeszcze się wstydziła, krępowała przy nim rozbierać. Zmarła w trakcie operacji.
To wszystko wydarzyło się podczas okupacji. A jej mordercy nic się nie stało! Janek go znał, ale bał się go ukarać, żeby samemu nie trafić przez to do więzienia.
Pamiątki rodzinne
Proszę panią, niech pani zobaczy to! To jest legitymacja przedwojenna. Co to była za skóra, to przecież się w głowie nie mieści! I jak tu wyrzucić coś takiego? Kiedy chodzę po pieniądze do Rotundy PKO i czekam w kolejce, to nieraz ją pokazuję. Wszyscy są pod wrażeniem.
To jest zdjęcie z mojej pierwszej komunii świętej, wiosna 1939 roku. Zdjęcie zrobił mój najstarszy brat Janek. W koszyku są już czereśnie!
A tu mój mąż. Kiedy go poznałam, miałam już dyplom technika technologa, a on był dopiero po szkole zawodowej. Gdy braliśmy ślub, on nie miał nic, nawet matury! W końcu mój ojciec mu powiedział: „O, kochany, Krysia ciebie przeskoczyła. Ma dyplom technika technologa, a ty co?” Przecież wszyscy moi starsi bracia również byli po studiach. A mój mąż, proszę pani, już po ślubie i technikiem został, i studia skończył!
Tekst powstał wyłącznie dzięki wsparciu moich patronów. Dołącz do ich grona na Patronite!
Podobał Ci się ten tekst? Postaw mi wirtualną kawę!
Źródła:
Dr Jolanta Załęczny, Mniejszości narodowe w powiecie warszawskim u progu niepodległości Polski: KLIK.
Fabryka „Rygawar” na stronie TU BYŁO, TU STAŁO: KLIK.
Rys historyczny na stronie internetowej parafii w Kotuniu: KLIK.
Treść objawień Mateczki Kozłowskiej Dzieło wielkiego miłosierdzia: KLIK.
Ogromne podziękowania dla Weroniki Szuby-Góralczyk, wnuczki Pani Krystyny Strzalińskiej, za nieocenioną pomoc podczas zbierania materiałów do tego tekstu i pośredniczenie w kontaktach z babcią.










