Bezcennym źródłem informacji o życiu codziennym społeczności żydowskiej w Brzozowie są pamiętniki Józefa Rogowskiego – brzozowianina, mistrza piekarskiego, działacza społecznego, inicjatora budowy obelisku przy drodze od strony Zmiennicy upamiętniającego zagładę brzozowskich Żydów. Jego wspomnienia zawierają opisy wyglądu Brzozowa w dwudziestoleciu międzywojennym, ważnych wydarzeń dla jego ówczesnych mieszkańców, a także osobistych relacji autora z Żydami.
Z kolei Natan Weiss (1926-2017) był jednym z nielicznych Żydów z Brzozowa, którzy przetrwali Holocaust. W przeddzień masowej egzekucji został wywieziony z miasta w transporcie wraz z innymi chłopcami i mężczyznami w sile wieku. Przeszedł przez kilka obozów koncentracyjnych. Przeżył dzięki dobremu zdrowiu, hartowi ducha i talentom rzemieślniczym, w których Niemcy widzieli dużą wartość. Chociaż po wojnie wyemigrował do Izraela, często odwiedzał rodzinne strony. To Natan Weiss zaprojektował i ufundował pomnik na mogile zbiorowej Żydów brzozowskich zamordowanych 10 sierpnia 1942 roku. Spoczywają tam jego rodzice i trójka młodszego rodzeństwa.
Pod koniec życia Natan spisał swoje wspomnienia z dzieciństwa w Brzozowie przypadające na lata 30. XX wieku. Zostały wydane w 2020 roku pt. Pamiętnik po latach. Niestety książka nie doczekała się wznowienia i nie jest już dostępna w sprzedaży.
Dzięki uprzejmości mieszkanki Brzozowa Sylwii Wątróbskiej miałam okazję przeczytać oba pamiętniki, listy oraz wiele innych relacji brzozowian pamiętających swoich żydowskich sąsiadów. Na podstawie źródeł (ich dokładny wykaz zamieściłam na końcu tekstu) odtworzyłam klimat tego miasta – zwłaszcza w ostatnich latach przed wybuchem II wojny światowej, która zmieniła wszystko.
Briesziev
Brzozów w języku jidysz był znany jako Briesziev. Największy rozkwit miasta nastąpił w II połowie XIX wieku. W 1900 roku Brzozów zamieszkiwało już 4200 osób, z czego 30% stanowili Żydzi. Rodziny żydowskie były niemal zawsze liczniejsze niż polskie: posiadanie 7-8 dzieci należało do normy.
Chociaż świat Żydów był odseparowany od świata gojów, wszyscy mieszkańcy Brzozowa spotykali się na targu, a dzieci niezależnie od wyznania uczęszczały do szkoły państwowej. Kiedy w 1909 roku w mieście powstało gimnazjum państwowe, wśród pierwszych uczniów znalazł się Żyd o nazwisku Kuflik (późniejszy adwokat) i Edmund Lusthaus (lekarz internista).
Niemiecko brzmiące nazwiska Żydów brzozowskich wynikały z fascynacji ich przodków żyjących w XIX wieku kulturą niemiecką oraz z ich zamiłowania do cesarza Franciszka Józefa. W czasie zaborów portret austriackiego monarchy wisiał w każdym domu żydowskiego inteligenta z Brzozowa.
Co prawda po 1918 roku miasteczko dotknął regres gospodarczy (częściowo spowodowany brakiem linii kolejowej), ale i tak tętniło ono życiem w porównaniu z czasami współczesnymi. W tamtym okresie Żydzi brzozowscy uwielbiali przejażdżki rowerowe, często grali w ping-ponga, jeździli na narty do pobliskiego Iwonicza. W mieście funkcjonowały aż trzy żydowskie kluby piłkarskie, świetlica młodzieżowa i żydowska biblioteka. Po I wojnie światowej przedstawiciele inteligencji młodego pokolenia zaczęli żywo interesować się ideą syjonizmu. W latach 1925-1929 około stu osób wyemigrowało do Palestyny.
Żydzi w Brzozowie stanowili mniejszość, ale byli głęboko wierzący. Dlatego wybudowali w mieście sześć domów modlitwy, podczas gdy katolicy mieli tylko jeden kościół. Aż trzy bożnice znajdowały się przy ul. Piastowej. Budowano je z drewna, przez co mocno kontrastowały z gmachami szkoły i „Sokoła” wzniesionymi z czerwonej cegły. Na każdą bożnicę przypadało około 200 wyznawców religii mojżeszowej.
Ważną funkcję w mieście pełnił tzw. sąd rabinacki, który prowadził mediacje nie tylko między Żydami. W sprawach polsko-żydowskich sąd rabinacki często stawał po stronie gojów, a od jego orzecznictwa nie było odwołania. Dlatego ten urząd był wysoko ceniony przez Polaków – niekiedy nawet bardziej niż państwowe sądownictwo! Zdarzało się, że do sądu rabinackiego przychodzili skonfliktowani Polacy, co znajduje potwierdzenie zarówno w pamiętniku Józefa Rogowskiego, jak i we wspomnieniach Natana Weissa.
Większość Żydów mieszkała w drewnianych domach dookoła brzozowskiego rynku. Byli to handlarze i drobni rzemieślnicy – typowa biedota ze sztetla. Sztetl to małe miasteczko zamieszkiwane przez religijnych Żydów. W przeciwieństwie do Żydów ze sztota (czyli dużego miasta, w którym bogiem był kapitalizm) zachowywali oni swoje obyczaje, nie ulegali asymilacji i wyraźnie odróżniali się od pozostałych mieszkańców. Wielu Żydów z Brzozowa zajmowało się też wydobywaniem ropy naftowej, w czym byli specjalistami.
W Brzozowie często pojawiali się wędrowni żebracy. Wśród nich „Chiel” [prawdopodobnie Ezechiel]. W upalny sierpniowy dzień 1939 roku zapukał on do domu rodzinnego Natana Weissa. 13-letni chłopiec zobaczył dorosłego Żyda całego zalanego łzami. Bardzo dotknął go ten szloch, więc chcąc oszczędzić mężczyźnie upokorzeń, wręczył mu wszystkie swoje pieniądze zebrane na czekoladę. Kilka lat później Natan spotkał go w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Dawny żebrak odwdzięczył się mu posiłkiem.
Nieliczną inteligencję wśród brzozowskich Żydów reprezentowali adwokaci: wspomniany już Lusthaus i Zelenfreud. Ten drugi był właścicielem pierwszego w Brzozowie telefonu o numerze 001. W mieście żyła też zamożna rodzina Trachmannów, do której należała cegielnia. Na cmentarzu żydowskim przy ul. Cegłowskiego znajduje się macewa z wyrytym nazwiskiem członkini tej rodziny. Stela nagrobna była starannie ukrywana podczas okupacji, dzięki czemu przetrwała do naszych czasów. Miała dużo szczęścia, biorąc pod uwagę fakt, że Niemcy wyłożyli żydowskimi płytami nagrobnymi nawet publiczną toaletę…
Pamiętnikarz Józef Rogowski wspominał również o Meichelu Herzlichu – jednym z najbogatszych Żydów brzozowskich, który dzierżył skarb kahalny (tj. należący do gminy żydowskiej). Z kolei funkcję sekretarki kahału pełniła Sala Biber – piękna młoda Żydówka. Została uwieczniona na deskalu w brzozowskim lesie razem ze swoją przyjaciółką Nesią Kornfeld na podstawie ich wspólnego zdjęcia z okresu międzywojnia. Deskal ten znajduje się najdalej od masowej mogiły co, jak tłumaczyła mi inicjatorka tego pomysłu Sylwia Wątróbska, ma wymiar symboliczny. W trakcie okupacji Sala była sekretarką Judenratu. 10 sierpnia 1942 roku miała za zadanie odhaczać na liście nazwiska rozstrzelanych sąsiadów, dlatego została stracona jako ostatnia. Kilka godzin przed własną egzekucją była świadkiem zagłady niemal całej społeczności żydowskiej Brzozowa.


Piekarnia Weissów przy ul. Piastowej
Przed wybuchem II wojny światowej rodzina piekarzy Weissów na tle innych Żydów żyła w dobrych warunkach. Jej dom przy ul. Piastowej był podzielony na dwie części: część mieszkalną i rodzinną piekarnię. Natomiast w ogrodzie przechowywano drewno na opał. Natan Weiss po latach tak wspominał wnętrze swojego ukochanego, na zawsze utraconego domu:
Długi korytarz w domu prowadził do kuchni, a w jego centralnej części stał bardzo szeroki stół. Pomieszczenia w domu miały kilka przeznaczeń: kuchnia w ciągu dnia służyła do gotowania i pieczenia, a w nocy zmieniała się w sypialnię z trzema drewnianymi łóżkami. Moi dwaj starsi bracia dzielili łóżko. Moje siostry spały w małym pokoju bocznym, który dawniej należał do babci. Za materace służyły białe worki wypełnione słomą. W zimie, przed wejściem do łóżek ogrzewaliśmy je rozgrzaną na piecu cegłą, którą zawijaliśmy w ściereczkę, aby uniknąć poparzeń. Razem z młodszym bratem spaliśmy w nogach łóżka naszych rodziców w pokoju gościnnym, który pełnił także rolę ich sypialni. Wśród drewnianych mebli zrobionych specjalnie przez rzemieślnika wyróżniało się łóżko rodziców, które było zdobione elementami mosiężnymi. Przednia część łóżka była zdobiona przepięknymi obrazami.
W domu znajdowała się skarbonka na rzecz Żydowskiego Funduszu Narodowego tak, by każdy członek domu mógł złożyć dowolny datek. (...) Dom ogrzewano drewnem przy użyciu pieca pokrytego blachą, który oczywiście służył także do gotowania. Do domów docierała elektryczność, ale nie było wody w kranach. Nasz dom miał dwie duże beczki o pojemności około 225 litrów każda, które zapełniał z pobliskiej studni goj Yasho [Jasio] Podgórski. Przynosił wodę w wiadrach zawieszonych na kiju przewieszonym na silnych ramionach. Było to trudne zadanie. (...) Jasio Podgórski wraz z synem byli zatrudnieni jako szabes-goje i wkładali drewno opałowe do pieca. Zwykle zapraszaliśmy ich na ciasteczka i słodką chałkę.
(...) W przeszłości nie było lodówek i przechowywaliśmy jedzenie w zimnej piwnicy. Moim zwyczajem było schodzenie do piwnicy, odkrojenie kromki świeżego chleba pochodzącego z piekarni moich rodziców, oderwanie kawałka masła i sera, dekorowanie tego wszystkiego zielonymi warzywami i jedzenie z niesamowitym smakiem podczas biegu do rzeki, aby zdążyć na zabawę z kolegami.
Rodzice Natana Weissa byli pobożnymi Żydami. Matka Ester Weiss ściśle przestrzegała zasad koszerności. Mleko kupowała od polskiej rodziny. Zadaniem jej dzieci było sprawdzanie, czy przed dojeniem ręce mleczarki były czyste i nie dotykały mięsa.
Matka Natana zarządzała rodzinną piekarnią, ale pracowała też jako akuszerka. Była w tym bardzo doświadczona, dlatego często proszono ją do odbierania porodów gojek. Z kolei inne Żydówki ceniły ją za dobrą znajomość języka czytanego jidysz. Wielokrotnie pomagała im w modlitwie.
Synagoga w Niebylcu
Ojciec Natana Berl Weiss był cenionym wodzirejem na żydowskich weselach. Nie tylko w Brzozowie – zapraszano go również na przyjęcia, które odbywały się w ogrodzie synagogi w Niebylcu. Natan często jeździł tam z ojcem. W swoich wspomnieniach tak opisał jej wnętrze:
Wersety modlitw były wypisane na ścianach. Sufit był pomalowany na kolor jasnoniebieski ze świecącymi, porozrzucanymi wokół gwiazdami. Pośrodku znajdowało się niebieskie koło, a w nim wielki wieloryb trzymający swój ogon w szczękach. Z centrum sufitu zwisała pięknie ozdobiona mosiężna lampa z zaświeconymi świecami, która zachwycała wszystkich przybyłych. Rodzice mieli zwyczaj straszenia dzieci następującą opowiastką: jeśli wieloryb wypuściłby ogon z paszczy, świat zostałby zalany i cały popadłby w ruinę.
Synagoga w Niebylcu zachowała się do naszych czasów w doskonałym stanie! Obecnie znajduje się tam biblioteka publiczna. Panie z biblioteki chętnie pokazują jej zjawiskowe wnętrze z pięknie zachowanymi freskami, w tym z wielorybem na suficie, o którym wspominał Natan Weiss.



Dni świąteczne w domach brzozowskich Żydów
Dzieciństwo Natana w Brzozowie pachniało nie tylko świeżym chlebem wypiekanym w piekarni rodziców. W każdy piątek dom wypełniał aromat czulentu, czyli ciemnobrązowego gulaszu z ziemniakami, mięsem, fasolą i nadziewanymi kiszkami. Brzozowscy Żydzi przyjeżdżali do piekarni Weissów ze swoimi garnkami z czulentem. Gotowały się na piecu przez całą noc. Zadaniem Natana i jego rodzeństwa było ściąganie garnków za pomocą drewnianego kija zakończonego haczykiem. Nie mogli pomylić garnków, bo każda rodzina preferowała inną zawartość warzyw.
W piątkowe wieczory Żydzi zasiadali do tradycyjnej rodzinnej kolacji. W domu brzozowskich piekarzy Weissów podawano gefilte fisz, rosół z kluskami, mięso i deser. Czulent był zarezerwowany na sobotę, tj. dzień szabatu.
Podczas szabatu dzieci żydowskie nie musiały uczęszczać do państwowej szkoły. Ten czas wykorzystywali polscy uczniowie na wymyślanie antyżydowskich piosenek, które później śpiewali w poniedziałki.
W sobotę po południu dzieci były odpytywane z wiedzy religijnej. Jeśli odpowiedziały poprawnie, były nagradzane egzotycznymi owocami, np. pomarańczami i daktylami. Wieczory spędzano na słuchaniu opowieści żydowskich mędrców. Wiele z nich stanowiły wspomnienia z czasów I wojny światowej.
Szczególnym okresem religijnym w rodzinie brzozowskich piekarzy były przygotowania do święta Paschy. W związku z tym, że dom musiał być wolny od jakiegokolwiek przaśnego jedzenia, wynoszono z niego na ulicę wszystkie książki, aby wiatr wywiał z nich zgromadzone przez rok okruchy przaśnego chleba. Kiedy wiatr był silny, wyrywał strony z książek – wirowały po całej ulicy Piastowej.
Żydowscy weterani I wojny światowej
Ojciec Natana Weissa służył w armii austriackiej. Ale Żydzi byli wcielani też do armii rosyjskiej. Żołnierze pochodzenia żydowskiego ustalili porozumiewawcze hasło: Szema Israel!. Jeśli po drugiej stronie na ten okrzyk odpowiedziano: Pan jest mym Bogiem, Pan jest jedyny, był to znak, że nie mogą się nawzajem zaatakować.
Tak jak wspomniałam, weterani I wojny światowej chętnie dzielili się przeżyciami z tamtego czasu. Wśród nich był blacharz Naftali Feit z pobliskiej Starej Wsi, który trafił do niewoli rosyjskiej w Ufie w górach Ural. Wrócił do domu po rewolucji październikowej z odmrożonymi palcami u stóp.
Po wybuchu II wojny światowej nie wierzył on w doniesienia o zbrodniach wojennych popełnianych przez Niemców. Tak mówił do swojego polskiego sąsiada Józefa Rogowskiego:
Te żółte łaty na oznaczenie Żyda w Reichu, a opaska na rękawie z gwiazdą Dawidową, to nie jest jeszcze dowód, że Niemcy dążą do wyniszczenia narodu żydowskiego. Jeszcze raz powtarzam, że nie wierzę w okrucieństwa Niemców. No, a ta zagłada Żydów, jaka miała miejsce w Dynowie i na Karolówce niespełna dwa tygodnie temu? To też nieprawda. Kto potwierdzi to jako fakt? Kto? Pan widział wczoraj tego kapitana i żołnierza Wehrmachtu, gdy byli u mnie w domu? Przyśli prosić o sztabkę cyny, nie chciałem za to wziąść [pisownia oryginalna] zapłaty, ale mi kapitan wetknął do kieszeni dwie marki, uśmiechnął się życzliwie, podał mi na odchodne rękę, i ze słowami „habe die Ehre!” [moje uszanowanie] poszedł na miejsce postoju. Panie, Niemcy to naród rycerski, u nich Ehrenwort [słowo honoru] to Ehrenwort! Ja myślę, że to wszystko się ułoży, że w obliczu aliantów Niemcy wycofają się z Polski i pokój powróci na nasze ziemie. A jak pan myśli?
Oprócz Naftalego Feita wśród ofiar niemieckiego mordu w lesie zdrojowym pod Brzozowem 10 sierpnia 1942 roku znaleźli się też inni weterani. Salomon Adler był inwalidą wojennym; stracił nogę w ostatniej ofensywie na froncie włoskim w Tyrolu. Chociaż walczył za najjaśniejszego cesarza z pełnym oddaniem, po I wojnie światowej to państwo polskie przyznało mu rentę w wysokości 180 zł miesięcznie oraz koncesję na sklep tytoniowy. Bardzo liczył na spokojne dalsze życie. Niestety zostało brutalnie przerwane przez niemieckich zbrodniarzy.
Z kolei Aron From – weteran walk polsko-ukraińskich w 1919 roku takimi słowami pożegnał swojego polskiego sąsiada:
Panie mistrzu! Za godzinę może trzeba będzie umrzeć od kuli przeklętych gestapowców, więc bądź pan zdrów! Żegnam. Ja wiem, co mnie czeka i moją rodzinę, ale łzy u mnie moje katy nie zobaczą. Ja jestem Żydem, który w 1919 roku walczył za Polskę i umierał będę bez protestu w głosie. Zacisnę – ot tak zęby, że szczęki zatrzeszczą w posadach, i koniec!
(...) Pamiętasz Józiu, jakeśmy się w jednej opałce bawili jako małe dzieci? Te trzy lata różnicy wieku nic tu nie znaczyły, a te gruszki, po które nawet sięgać ręką nie było trzeba? A ten siwek, którym jeździliśmy do Starej Wsi, Humnisk, Izdebek? Pamiętasz? Pamiętasz jak cię uczyłem po żydowsku? – Ałev, bajs, gimuł, dałet, haj…
Po tym wyznaniu Aron rozpłakał się serdecznie i wziął w objęcia sąsiada Józefa. Tragizm tej sytuacji szybko przerwały dobiegające z dołu okrzyki w języku niemieckim.


Na brzozowskim rynku
Przed wojną Brzozów ożywał w poniedziałki, tj. w dni targowe. Dzieci chrześcijańskie i żydowskie biegały między straganami. 10-letni Natan Weiss szczególnie lubił część rynku, gdzie handlowano końmi. Pewnego razu zobaczył dzikiego konia przyprowadzonego przez goja z pobliskiej wsi Przysietnicy. Doświadczony żydowski handlarz Dovce Zichermann pomógł polskiemu gospodarzowi sprzedać jego niesforne zwierzę. Kiedy nikt nie patrzył, napoił konia łykiem wódki. Koń nagle stał się potulny i sprawiał wrażenie udomowionego. W ten sposób został sprzedany innemu nieświadomemu gojowi.
Na brzozowskim rynku stał kiosk, gdzie można było kupić wiele gazet codziennych oraz tygodnik „Volt-Spiegel” drukowany w Warszawie. Prasa była dobrem luksusowym. Mało kogo było na nią stać. Dlatego kilka osób kupowało jedną gazetę i przekazywało ją sobie z rąk do rąk.
W centralnym miejscu brzozowskiego rynku stał też sklep, w którym sprzedawano odbiorniki radiowe. Na zewnątrz zamontowano głośnik, dzięki czemu mieszkańcy mogli posłuchać wiadomości. Właściciel sklepu był Polakiem lubianym przez Żydów. Znał nawet podstawy jidysz. W trakcie okupacji okazało się, że był on szpiclem, współpracującym z nazistami na długo przed wojną. Zniknął z miasta w momencie gdy wkroczyli do niego żołnierze Wehrmachtu.
Kino „Sokół”
W Brzozowie do dziś funkcjonuje się jedyne w mieście kino „Sokół”. Mieści się w ceglastym budynku wybudowanym na początku XX wieku. W czasach dzieciństwa Natana Weissa w tej części Brzozowa mieszkali goje.
Chłopiec nie miał pieniędzy na bilet, dlatego wraz z kolegami wspinali się po ścianie i wchodzili do środka przez zawsze otwarte, wysokie okno. Najbardziej zapadł mu w pamięć seans, podczas którego wyświetlano którąś z części „Tarzana” z amerykańskim olimpijczykiem Johnnym Weissmullerem w roli głównej.
Szaleńcy (nie)Boży
Przed II wojną światową społeczność żydowska w Brzozowie miała swojego Meshigane – wiejskiego głupka i zarazem geniusza. Nazywał się Szema Szeptel. Doskonale znał kabałę. Z czasem doszedł do konkluzji, że nie ma Boga. Pewnego razu w szabat pojawił się w synagodze z obciętymi pejsami i zapalonym papierosem. Został stamtąd natychmiast wyrzucony i zanurzony w mroźnej sadzawce – ku przestrodze.
Drugim, przyjezdnym z Łańcuta szaleńcem był Efraim Koza – utalentowany malarz. Chętnie portretował żydowskie dzieci – pod warunkiem, że podczas malowania śpiewały pieśń Nasze serca będą oczyszczone przez twojego ucznia. Dzieci po raz ostatni widziały Efraima na dachu synagogi. Trzymał szczotkę do podłogi zrobioną z gęsich piór. Przy jej pomocy niczym Ikar usiłował wzbić się w niebo. Bolesny upadek zakończył się połamaniem kości. Od tamtej pory malarz już nigdy nie pojawił się w Brzozowie.
Bardzo ważnymi wydarzeniami dla Żydów brzozowskich były wizytacje cadyków cudotwórców. Takie okazje zdarzały się raz na kilka lat, toteż poprzedzały je gorliwe przygotowania. Pełna ekscytacji atmosfera udzielała się również Polakom. Jesienią 1929 roku w Brzozowie pojawił się cadyk Izrael Friedman z Czortkowa i był to pierwszy dzień w historii miasta, kiedy na ulicach zabłysły żarówki elektryczne. Postarał się o to dr Seelefreid – adwokat, radca miejski, prezes żydowskiej gminy wyznaniowej.
Słynny rabin z Czortkowa przemawiał do zgromadzonego tłumu z balkonu i przepowiadał wspaniałą przyszłość wszystkim mieszkańcom miasteczka. Żydzi śpiewali i tańczyli, owładnięci radosną ekstazą. Świetliste żarówki wzięli za dobrą monetę.
To była ostatnia wizyta cadyka w Brzozowie przed Zagładą.
Źródła:
Brzozów: zarys monograficzny, red. Jerzy F. Adamski, Brzozów 1990.
Jacek Joterski, Rodowody Żydów brzozowskich. Maszynopis opracowania sporządzonego w XX-rocznicę wymordowania przez hitlerowskiego okupanta współobywateli Żydów, Archiwum Muzeum Regionalnego w Brzozowie.
Halina Kościńska, Żydzi w Brzozowie. Przyczynek do historii miasta, Brzozów 2023.
Jerzy Mizgalski, Jarosław Kapsa, Państwo-naród, Naród-państwo. Szkice o praktyce tworzenia się narodów w Galicji Wschodniej, Częstochowa 2025.
Pamiętniki Józefa Rogowskiego, Archiwum Muzeum Regionalnego w Brzozowie.
Natan Weiss, Pamiętnik po latach, Krosno 2020.
Szczególne podziękowania za cenne materiały i informacje dla Sylwii Wątróbskiej z Towarzystwa Przyjaciół Brzozowa-Zdroju – współautorki inicjatywy upamiętnienia Żydów brzozowskich na deskalach w miejscu masowego mordu 10 sierpnia 1942 roku.
Ten tekst powstał dzięki wsparciu moich patronów. Jeśli chcesz czytać więcej takich treści, dołącz do ich grona: PATRONITE.
Podobał Ci się ten tekst? Postaw mi WIRTUALNĄ KAWĘ.





