2 grudnia, 2024

Niemiec, który zamieszkał na Podkarpaciu. Rozmowa z Vincentem Helbigiem o historii, pamięci, wierze, nadziei i miłości

Niektórzy nazywają go reaktywacją Steffena Möllera, inni zaś mówią, że jest bardziej polski niż Donald Tusk. Vincent Helbig to Niemiec zafascynowany Polską. Do tego stopnia, że nauczył się perfekcyjnie mówić po polsku i jakiś czas temu przeprowadził się na małą podkarpacką wieś. Na swoich kanałach w mediach społecznościowych (Wasz Niemiec) pogłębia relacje polsko-niemieckie, a jego działalność internetową zaledwie w ciągu roku zaczęło obserwować kilkadziesiąt tysięcy osób. 

W październiku umówiliśmy się w kawiarni Brzozowie, by porozmawiać o naszej wspólnej trudnej historii – od Głuchoniemców i Bambrów, po Wielką Wojnę i II wojnę światową. Poruszyliśmy też wspomnienia dziadków Vincenta pochodzących z Warmii, a także ucieczkę ludności niemieckiej z Prus Wschodnich przez Zalew Wiślany zimą 1945 roku. Efektem naszego spotkania jest niniejszy wywiad – o pamięci, wierze, nadziei i miłości. 

Dziewięć lat temu zainteresowałeś się Polską. Dlaczego?

Wszystko zaczęło się od moich dziadków. Jestem rodowitym Niemcem. Nie mam żadnych polskich korzeni – przynajmniej do pokolenia moich prapradziadków. Moi dziadkowie od strony mamy pod koniec II wojny światowej zostali wypędzeni z Prus Wschodnich. W 1945 roku dziadek miał czternaście lat, a babcia siedem. 

Skąd dokładnie pochodzili? 

Z Warmii – z bardzo małej wsi Baysen (Bażyny), obecnie liczącej około 300 mieszkańców. Bażyny leżą blisko Ornety, Orneta znajduje się w pobliżu Dobrego Miasta, a Dobre Miasto – pomiędzy Olsztynem a Elblągiem.  

Byłeś tam?

Tak, i właśnie od tego zaczęła się moja fascynacja Polską. Moi dziadkowie bardzo dużo opowiadali mi o swoich rodzinnych stronach – o życiu przed wojną, w trakcie i tuż po niej, gdy zostali wypędzeni. Bardzo tęsknili za swoją małą ojczyzną.

Tuż po maturze miałem długie wakacje. Dlatego postanowiłem, że wraz z kolegą pojadę na Warmię na pieszą wędrówkę. Dojechaliśmy do Olsztyna, skąd ruszyliśmy w dalszą drogę. Spaliśmy dziko pod namiotem. Bardzo chciałem poznać tereny moich przodków, ale przy okazji poznałem też mieszkających tam teraz Polaków. Spotkania z nimi były niesamowite. 

Nie znałeś jeszcze polskiego?

Nie, kompletnie nie znałem języka. Przechodziliśmy przez same małe miejscowości. Dopiero po pięciu dniach spotkaliśmy pierwszą Polkę mówiącą po angielsku i jednego pana, który znał niemiecki. 

Ale wszyscy ci ludzie, widząc nas, i tak wychodzili z domów. Psy bardzo głośno szczekały, więc zwracaliśmy uwagę mieszkańców. Gestykulowali do nas, pytali: „kawa/kafe?” Zapraszali nas do domów. To było bardzo ciekawe. Nie byłem przygotowany na to, że spotka mnie tu taka gościnność i serdeczność; że tak wiele osób zaoferuje nam pomoc. Gdy tylko mieliśmy jakieś problemy czy sprawy do załatwienia, pomagali nam. 

Kiedy dotarliście do Bażyn, rodzinnej wsi Twoich dziadków, co tam zastaliście?

Znalazłem kościół, w którym został ochrzczony mój dziadek. Ale jego domu już nie zastałem, bo został zniszczony podczas wojny, gdy przechodził tędy front. Natomiast dwa lata później odnalazłem dom mojej prababci. Do nauki języka polskiego i Waszej kultury zmotywowało mnie to, że nawiązałem kontakt z Polakami, którzy teraz mieszkają w domu mojej prababci. 

Wtedy jeszcze nie mówiłem po polsku, więc przez tłumacza Google napisałem krótki liścik: „Jestem potomkiem mojej prababci, która mieszkała tutaj przed wojną. Czy mogę obejrzeć dom?”. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi starsza pani. Wręczyłem jej ten liścik, przeczytała go i od razu zaprosiła mnie do środka. Zjedliśmy razem obiad. Oprowadziła mnie wraz z mieszkającym z nią dorosłym synem – i pokazała wszystko. 

Znalazłeś tam jakieś ślady obecności Twojej prababci?

To był typowy stary dom na wsi, ubogi i skromny. Nie patrzyłem na to w ten sposób, czy znajdę tam coś swojego. Raczej byłem ciekawy, jak ten dom wygląda teraz. Nie szukałem w nim niczego „naszego”. 

Przede wszystkim byłem pod wrażeniem, że ci ludzie w ogóle wpuścili nas do środka. Cieszę się, bo bardzo chciałem mieć z nimi kontakt. Później nawet poszliśmy do wiejskiej kapliczki i razem pomodliliśmy się o pokój między naszymi krajami. Cały czas porozumiewaliśmy się przez tłumacza Google. Syn miał laptopa, napisał: „mam na imię Grzegorz”. To była bardzo fajna wymiana. 

W tamtym momencie stwierdziłem, że Wasz naród jest taki niesamowity, że chcę Was lepiej poznać i wchodzić z Wami w głębsze relacje. Ale to będzie możliwe tylko, gdy nauczę się polskiego. Przez tłumacza Google można powiedzieć sobie jedynie powierzchowne rzeczy. 

Czy znana jest Ci postać Steffena Möllera?

Oczywiście [śmiech]. Regularnie występuje w Niemczech w kabarecie. Byliśmy nawet z żoną na jego występie w Monachium. Wydał też książkę Viva Warszawa – Polen für Fortgeschrittene, ale jest dostępna chyba tylko po niemiecku. Opisał w niej m.in. polsko-niemieckie relacje małżeńskie. 

Często widzę na moich kanałach komentarze: „drugi Steffen Möller”. Polacy ciepło go wspominają. Twierdzą, że zrobił więcej dla pojednania Polaków z Niemcami niż niejeden polityk. 

Z kolei niektórzy mówią o Tobie, że jesteś bardziej polski niż Tusk. 

Możliwe [śmiech].

Ciekawe jest Twoje zainteresowanie tym, co zastaniesz „tu i teraz”, zamiast szukania tego co twoje, tj. poniemieckie. Z kolei wielu Polaków interesują poniemieckie ślady. Szukają niemieckich napisów zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Na Instagramie istnieje taki profil jak Beard of Breslau prowadzony przez przewodnika turystycznego zajmującego się głównie tym tematem. Polacy interesują się, kto mieszkał tam przed nimi – tak samo jak Ty interesujesz się, kto zamieszkał tu po Twoich przodkach. 

Na samym początku, gdy pierwszy raz przyjechałem na Warmię, myślałem w takich kategoriach, że skoro to były kiedyś niemieckie tereny, może znajdę tam coś naszego. Ale to tak naprawdę nie jest nasze. To jest teraz Wasz region i to Wy musicie zadbać o to, żeby było pięknie. Jestem Polakom bardzo wdzięczny, że tak pięknie wyremontowaliście te miasta. Bo mogło być gorzej. Co widać w Niemczech – niektóre miasta są odbudowywane w okropny sposób…

Z drugiej strony dość powszechne jest ograbianie poniemieckich cmentarzy, zwłaszcza z metalowych krzyży, które potem kończą na złomie. 

Czytałem o tym kiedyś książkę Poniemieckie Karoliny Kuszyk.

Masz swojego ulubionego polskiego pisarza?

Tak, to Zbigniew Rokita. Napisał książkę Kajś o Górnym Śląsku i Zaodrzanie – także o terenach poniemieckich. Opisuje w niej, jaka tam teraz panuje dusza. Bo przecież ludzie, którzy przybyli na te tereny po wojnie, nie byli tam zakorzeni, pochodzili skądś indziej. Musieli dopiero oswajać ten region, uczynić go swoją małą ojczyzną. 

Jest na to taki termin jak „umojenie”. Propaguje go Kuba Busz, student etnologii prowadzący na Instagramie profil EtnoHistoria

Bardzo ciekawe słowo! A książki Zbigniewa Rokity polecam, Kajś wygrała nawet Nagrodę Literacką „Nike”. 

Teraz Twoim miejscem na ziemi jest Podkarpacie. Mieszkasz w małej wiosce na południu Polski. Jakie są Twoje ulubione miejsca w najbliższym otoczeniu? 

Uwielbiam winnicę widokową w Komborni, skąd rozciąga się piękny, daleki widok. Panuje tam wielka cisza i spokój. Bardzo lubię takie tereny. 

Znalazłeś też swój ulubiony chleb w Rymanowie. 

Tak, z piekarni Chlebak. Mają też siedzibę w Krośnie. Przepyszne wyroby. Swoim chlebem wygrali Karpackie Klimaty – to był najlepszy chleb tegorocznej edycji festiwalu. Jeżdżę tam regularnie w piątek albo w sobotę. Robię zakupy na cały tydzień. 

A czego brakuje Ci tutaj z rzeczy, które miałeś w swoim rodzinnym domu?

Nie poznałem jeszcze prawdziwego przyjaciela. Dzięki mojej żonie mam tutaj dużo znajomych, ale nie mam jeszcze polskiego przyjaciela. Na razie jest z tym ciężko, bo życie rodzinne pochłania bardzo dużo czasu. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam spędzać czas z żoną i z dzieckiem. 

Brakuje mi też tego, że na miejscu nie ma moich rodziców, przez co nie mogą uczestniczyć w dorastaniu mojej córki. Nie sądziłem, że to będzie dla mnie takie trudne. Chciałbym, żeby widzieli, jak rozwija się krok po kroku, tak jak widzą to moi teściowie. To, że codziennie jest inna. Tymczasem moi rodzice widzieli ją po raz pierwszy, gdy miała dwa miesiące, a następnym razem zobaczą ją, gdy skończy osiem miesięcy. 

A z rzeczy bardziej prozaicznych, materialnych? Czy jest coś, czego brakuje Ci na Podkarpaciu?

Piwa [śmiech]. Rzadko piję, ale kiedy już mam na to ochotę, to piję bardzo dobre niemieckie piwo. Zanim przeprowadziłem się do Polski, mieszkałem przez chwilę w Bawarii w Monachium. A tam mamy wspaniałe piwo Augustiner. Jeszcze nie znalazłem polskiego piwa, które by mi równie smakowało. Smak niemieckiego piwa jest trochę inny niż polskiego. Mimo że często słyszę od Polaków, że każde piwo smakuje tak samo – w końcu piwo to piwo. 

Niedawno opublikowałeś rolkę o Głuchoniemcach, czyli osadnikach niemieckich przybyłych na Podkarpacie w średniowieczu. To bardzo ciekawy i nadal mało znany temat nawet wśród ich potomków, którzy do dziś noszą niemiecko brzmiące nazwiska. Wśród nich są mieszkańcy wspomnianej przez Ciebie Komborni. Przed naszą rozmową wysłałam Ci te nazwiska, żebyśmy wspólnie zastanowili się nad ich etymologią. 

Flejszar pochodzi od słowa Fleischer i oznacza rzeźnika. Szmyd to spolszczony Schmied, czyli kowal. A Boczar to Böttcher – bednarz. Przypuszczam, że Frydrych to odpowiednik niemieckiego Friedrich, a Ekiert wzięło się od germańskiego imienia Eckhart. Co do Gerlach – znam kilka osób z mojego rodzinnego miasta Halle, które noszą takie samo nazwisko. Rozenbajgier – nie mam pojęcia, od czego wzięło się „bajgier”, ale rosen to po niemiecku róże. 

Natomiast Wulw prawdopodobnie pochodzi od wilka, ale nie w języku niemieckim. Przypuszczam, że to jest dialekt z Saksonii. Moja rodzina ze strony taty to Saksończycy. Tam mówi się zupełnie inaczej, o czym zresztą przekonała się moja żona. 

Bardzo możliwe, bo Głuchoniemcy byli osadnikami z Saksonii. A czy zwiedzałeś kiedykolwiek Bamberg?

Nigdy nie byłem w tym mieście, ale wiem, że osadnicy stamtąd przenieśli się do Wielkopolski. Kiedy opublikowałem filmik o Głuchoniemcach, dostałem kilkanaście komentarzy od Wielkopolan: „My też mamy naszych Niemców – Bambrów! Może zrobisz o nich film?”. 

To tylko kwestia czasu, bo już zbieram materiały. Bardzo ciekawy temat. 

Właśnie dlatego zapytałam Cię o Bamberg. Podczas gdy o Głuchoniemcach na Podkarpaciu nadal mało się mówi, to Bambrzy są w Poznaniu powszechnie znani. Działa tam Towarzystwo Bambrów Poznańskich, mają też swoje muzeum i Studzienkę Bamberki na Starym Rynku. 1 sierpnia obchodzą Święto Bamberskie na pamiątkę przybycia do Poznania pierwszych osadników z Bambergu. W gwarze wielkopolskiej słowo „bamber” oznacza też bogatego gospodarza. 

Podobnie było z Głuchoniemcami – osadnicy niemieccy słynęli z tego, że dobrze karczowali lasy, uprawiali pola, byli bardzo pracowici i gospodarni. Mieli z tego lepsze zyski niż ludność polska i ruska. 

Po raz pierwszy zastanawiałem się, czy na Podkarpaciu byli kiedyś Niemcy za sprawą niemieckich nazw niektórych miejscowości pod Rzeszowem. Łańcut brzmi zupełnie jak nasz Landshut – koło Monachium jest takie miasto. A obok Łańcuta znajduje się wieś Albigowa. Mam na nazwisko Helbig i jestem prawie przekonany, że „Albig” to spolszczony Helbig. Być może ktoś kiedyś nosił tam takie samo nazwisko. 

Z niemieckimi nazwiskami na Podkarpaciu najczęściej spotykam się na cmentarzach wojennych z I wojny światowej. Czy któryś z Twoich przodków walczył w latach 1914-1918?

Mój pradziadek z Warmii, którego uważam za najbardziej tragiczną postać w całej rodzinie. Miał 18 lat, kiedy uczestniczył w I wojnie światowej – walczył na froncie wschodnim z Rosjanami. 20 lat później został znowu wcielony do Wehrmachtu. Walczył w dwóch wojnach światowych. Jednak II wojny światowej nie przeżył – jako jeniec wojenny został zesłany na Syberię i zginął tam w łagrze w 1945 roku. O jego dokładnej dacie śmierci moja rodzina dowiedziała się dopiero w 2000 roku. 

Skoro pochodził z Warmii, walczył na froncie wschodnim i udało mu się przeżyć, bardzo prawdopodobne, że uczestniczył w bitwie pod Tannenbergiem. Ciekawa jestem, jak teraz w Niemczech jest postrzegany główny dowódca Paul von Hindenburg?

Raczej negatywnie przez to, że w latach 30., mimo początkowej niechęci, ostatecznie zgodził się na przejęcie władzy przez Hitlera. 

Pamięć w Niemczech wygląda inaczej niż w Polsce. Polacy mają swojego Piłsudskiego czy Sobieskiego. A my nie mamy bohaterów narodowych. Nie uważamy, że jakikolwiek Niemiec, czy to dowódca, czy polityk, był bohaterem. To wszystko stało się wskutek II wojny światowej. Niemcy twierdzą, że nacjonalizm doprowadził do narodowego socjalizmu. A patriotyzm jest pierwszym etapem nacjonalizmu.

Kiedy w szkole uczymy się o II wojnie światowej, poruszamy głównie temat obozów koncentracyjnych i zbrodni wojennych. O bitwach uczymy się mało. Pod wpływem tych lekcji młodzi Niemcy w wieku 15-16 lat myślą sobie: „nie chcę należeć do tego kraju. Nie chcę być Niemcem ani utożsamiać się z tym narodem. Narzucają mi na barki taką winę, na którą nie miałem żadnego wpływu, więc nie chcę jej przyjąć. To stało się 80 lat temu – nie chcę cały czas za to pokutować i ciągle przepraszać”. 

A jak wygląda pamięć o II wojnie światowej w Twojej rodzinie?

Przez to, że jesteśmy Niemcami, wiemy, jak wielka ciąży na nas odpowiedzialność, żeby pamiętać. Odwiedzałem obozy koncentracyjne nie tylko na wycieczkach szkolnych; pojechaliśmy do dwóch obozów także z moją rodzinną.

Kiedy rozmawiamy o tym przy rodzinnym stole, to widzę różne podejścia. Rodzina od strony taty w ogóle nie rozmawia o II wojnie światowej. Mój dziadek urodził się już po wojnie, w latach 50. Natomiast jego ojciec w niej walczył, a po wojnie był straumatyzowany. Powiesił się. 

Mówisz o rodzinie z Saksonii. A jak wyglądało to u dziadków z Warmii?

Tak jak wspominałem, pradziadek z Warmii zginął na Syberii. Mój dziadek, który w 1945 roku miał 14 lat, opowiadał, że kiedy jego ojciec został wcielony do Wehrmachtu, początkowo stacjonował blisko domu, gdzie pilnował jeńców francuskich albo rosyjskich. Dlatego mógł codziennie przyjeżdżać do domu na rowerze [najpewniej chodzi o obóz karny w Ornecie – przyp. aut.]. Ale kiedy nadszedł front, przestał regularnie się tam pojawiać.

Moi dziadkowie najczęściej opowiadali o tym, co było dla nich najbardziej traumatyczne, czyli o wypędzeniu ich z domu, gdy nadszedł front. Nie mogli wcześniej stamtąd uciec, bo przyszedł rozkaz od Hitlera, który nie pozwalał Niemcom opuścić tych terenów. Do końca musieli tam być, utrzymywać je siłą. 

Czyli wojna dosłownie rozgrywała się na ich oczach. 

Tak. Mój dziadek opowiadał o tym, że kiedy żołnierze rosyjscy dotarli do ich domu, jako młody chłopak chciał wejść do stodoły nakarmić swoje krowy. I wtedy jakiś jeniec niemiecki rzucił go na ziemię, bo inny żołnierz akurat strzelał w tę stronę. Dzięki czemu mój dziadek w ogóle przeżył.

Później musieli uciekać przez Frombork i zamarznięty Zalew Wiślany, a potem wzdłuż brzegu do Krynicy Morskiej [patrz: exodus przed Armią Czerwoną przez Zalew Wiślany]. To było w lutym 1945 roku. Zalew był pokryty lodem, ale nie na tyle, aby utrzymać ciężkie wozy. W dodatku nad uciekinierami krążyły rosyjskie samoloty, które strzelały do nich w celu roztopienia lodu. Dziadek widział na własne oczy rosyjskiego lotnika, który w nich celował, ale kule trafiły w wóz jadący tuż za nimi. Przeżyli dzięki temu, że poruszali się na mniejszym i szybszym wozie. 

W trakcie ucieczki zostali złapani i wysłani z powrotem do rodzinnego domu. Później musieli stawić się w komendzie rosyjskiej, gdzie oficer Armii Czerwonej decydował o dalszym losie Niemców z tych terenów. Siostry mojego dziadka miały zostać wysłane do pracy fizycznej na Syberię, ale tak bardzo błagały żołnierzy rosyjskich, że ostatecznie trafiły do łagru dla Niemców w Braniewie. Dziadek wyglądał na młodszego niż 14 lat, dlatego nie wywieziono go do żadnego obozu pracy. 

Grób pochodzącego z Warmii dziadka Vincenta

Wracając jeszcze do tematu niemieckiego patriotyzmu i pamięci: byłeś kiedyś w Lesie Teutoburskim? Pytam o to, ponieważ zwycięstwo Germanów nad Rzymianami to na tyle odległe wydarzenie historyczne, że chyba może być przedmiotem narodowej dumy.

Nigdy tam nie byłem, ale przerabialiśmy ten temat w szkole. Poza tym bardzo lubiłem grać w Rome: Total War, gdzie można odtwarzać różne bitwy z czasów Imperium Rzymskiego, w tym bitwę w Lesie Teutoburskim. 

W szkole uczyliśmy się, że ta bitwa, która rozegrała się w 9 r. n.e., jest uznawana za godzinę narodzin naszego narodu. Wy za taki moment uważacie chrzest Polski, a my bitwę w Lesie Teutoburskim, kiedy Germanie po raz pierwszy połączyli się i powstała Germania. Bo Niemcy,  jak sama nazwa wskazuje, to nie są tylko Germanie. 

Zjednoczenie Niemiec nastąpiło ostatecznie po wojnie francusko-pruskiej w 1871 roku. Zastanawiam się, czy w Twojej rodzinnej miejscowości są jakieś ślady tej wojny, np. pomniki ku czci poległych? 

Pochodzę z miasta Halle, a więc z byłych terenów NRD. Największe wydarzenie, które rozegrało się w pobliżu, to była bitwa narodów z Napoleonem pod Lipskiem. Stoi tam wielki pomnik, który powstał w międzywojniu. W dzisiejszych czasach w Niemczech nikt nie stawia pomników upamiętniających jakąkolwiek wojnę. W moim mieście kojarzę jeszcze jeden pomnik upamiętniający ofiary dżumy. Poza tym – nic. W okolicy są jeszcze Wieże Bismarcka. 

Na terenie Polski zachowało się kilkanaście Wież Bismarcka. Widziałam jedną z nich w lesie w Zielonej Górze.

Są dosyć powszechne w moim regionie. Ale te pomniki postawiono jeszcze w XIX wieku. Teraz już nikt by tego nie zrobił. 

Ostatnio czytałam książkę Geoffreya Wawro’a Wojna francusko-pruska. Niemiecki podbój Francji w latach 1870-1871. Z książki tego amerykańskiego historyka wyłania się negatywny obraz pułków bawarskich. Bawarczycy są opisywani jako nieokrzesani i niezdyscyplinowani. Notorycznie porzucali sprzęt w trakcie marszów, dużo pili i panicznie bali się czarnoskórych żołnierzy z Algierii. Zastanawiam się, czy we współczesnych Niemczech nadal funkcjonuje stereotyp Bawarczyków jako prostaków.

Bawarczycy zachowali odrębność od reszty Niemiec. Mocno pielęgnują swoje tradycje – noszą tradycyjne stroje, organizują festyny ludowe. I bardzo dużo piją. Dlatego w Niemczech dzielimy się na Niemców i Bawarczyków. Np. wszędzie w Niemczech funkcjonuje Niemiecki Czerwony Krzyż, a w Bawarii – Bawarski Czerwony Krzyż. Poza tym Bawarczycy posługują się specyficznym dialektem. Są z niego dumni, jednak dla nas w Niemczech brzmi on trochę śmiesznie.

Bawaria jest też landem, który najlepiej radzi sobie pod względem gospodarczym. Być może dlatego patrzy się na nich z zazdrością. W Niemczech płacimy składki na Fundusz Sprawiedliwości. Oznacza to, że bogatsze landy dają pieniądze biedniejszym. W praktyce wygląda to tak, że Bawaria, Badenia-Wirtembergia i Hesja płacą na wszystkie pozostałe landy. 

Bawarczycy narzekają zwłaszcza na Berlin. Mimo że wydają na niego bardzo dużo pieniędzy, nadal mało co działa tam dobrze. Dlatego irytują się, że muszą ładować kolejne pieniądze w berlińczyków, którzy nie umieją nimi umiejętnie gospodarować i wszystko marnotrawią. 

Na terenie Bawarii znajduje się też najpopularniejszy zabytek zamieszczany w polskich podręcznikach do nauki niemieckiego – Neuschwanstein.

Byłem tak w tym roku. Rzeczywiście, to bardzo popularna atrakcja. Co ciekawe, ta budowla jest stosunkowo młoda. Zamek został wzniesiony w II połowie XIX wieku przez króla bawarskiego Ludwika II Wittelsbacha, który nie dość, że wydał na niego wszystkie rodzinne pieniądze, to jeszcze bardzo się zadłużył.  Ostatecznie jednak ta inwestycja się zwróciła i Bawarczykom się to opłaciło. Turyści od lat masowo zwiedzają zamek i zostawiają tam pieniądze. 

Teraz w Polsce są kontrowersje wokół odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie. Niektórzy nie widzą sensu w budowaniu zamku w tych czasach i wydawaniu na to tylu pieniędzy. W dzisiejszych czasach chcemy robić wszystko za małe pieniądze i żeby koniecznie spełniało to jakąś funkcję, a nie żeby było piękne. Widzę to po tym, jak teraz stawia się mosty, a jak były budowane kiedyś. Nawet stare latarnie wyglądają zupełnie inaczej – były nie tylko funkcjonalne, ale też estetyczne. Wydaje mi się, że jeśli ktoś chce stworzyć coś bardzo kosztownego i pięknego, to na dłuższą metę, tj. na przestrzeni 100-200 lat koszt budowy nie tylko się zwróci, ale też będzie można na tym zarabiać. 

Zamek Neuschwanstein był właśnie taką inwestycją w przyszłość. 

Myślę, że Ludwik II zbudował ten zamek wyłącznie w celu zaspokojenia swojej fantazji i wybujałego ego. Raczej nie zastanawiał się nad tym, czy w przyszłości Bawaria będzie na tej atrakcji zarabiać. 

Co nie zmienia faktu, że ostatecznie opłaciło się to. 

Wspomniałeś, że w Niemczech od czasów międzywojnia nie stawia się żadnych nowych pomników. Zastanawiam się, w jaki sposób obchodzicie 11 listopada? Czy świętujecie podobnie jak Brytyjczycy Remembrance Day?

W Niemczech nie czcimy niczego, nawet pamięci o I wojnie światowej. Jeśli ktoś o tym pamięta, to jest to raczej sprawa polityczna. Gdyby zwykły obywatel niemiecki złożył wieniec na cmentarzu żołnierzy poległych w I wojnie światowej, czy obchodził 11 listopada, od razu padło by na niego podejrzenie, że jest narodowcem, a co za tym idzie – neonazistą.

Dziwi mnie to, bo z jednej strony mówisz, że na Niemcach ciąży ogromna odpowiedzialność, żeby pamiętać. Z drugiej strony – podejrzane jest pamiętanie o sprawach neutralnych jak polegli żołnierze niemieccy w latach 1914-1918. Pamięć o nich przecież wcale nie musi być doniosłym wydarzeniem narodowym, lecz aktem pacyfizmu inspirowanym Na Zachodzie bez zmian – ważnym antywojennym dziełem niemieckiego pisarza Remarque’a. 

To duży problem. O ile w Niemczech na wsiach i w małych miasteczkach można znaleźć pomniki upamiętniające poległych w I wojnie światowej postawione w międzywojniu, o tyle w wielkich miastach w ogóle nie przypominam sobie takich miejsc pamięci. 

W miejscowości Aschersleben, w której przez jakiś czas uczyłem się i pracowałem jako policjant, znajduje się niemiecki cmentarz żołnierzy poległych w I wojnie światowej. Był całkowicie zaniedbany – Niemcy nie dbają nawet o groby swoich własnych żołnierzy. A ja wziąłem to sobie do serca. Wybrałem jeden grób, o który dbałem w czasie, kiedy tam mieszkałem. Oczyściłem napis, choć już niewiele tam było widać. Żołnierz miał na imię Emil i zginął, mając zaledwie 20 lat. Zapaliłem świeczkę i była to jedyna świeczka paląca się na całym cmentarzu.

Jest mi z tego powodu przykro. Być może dlatego tak bardzo zafascynowałem się Polską, bo Wy macie wysoką kulturę dbania o takie rzeczy. Rozmawialiśmy o tym, że kiedyś osadnicy niemieccy – Bambrzy i Głuchoniemcy – przynieśli na ziemie polskie wyższą kulturę. Myślę, że teraz to Wy macie ogromny potencjał, aby przywrócić w Europie wysoką kulturę. Naprawdę doceniam to, co robicie w tym kierunku.

Zanim zamieszkałem na stałe w Polsce, jeździłem do niej przez siedem lat. W tym czasie robiłem piesze wędrówki i spałem pod namiotem. Zwiedziłem w ten sposób Śląsk, Dolny Śląsk, Warmię i Mazury. Wszędzie tam byłem pod wrażeniem, że Polacy dbają o cmentarze żołnierskie i pomniki z I wojny światowej, mimo że to wcale nie jest Wasz obowiązek, żeby je utrzymać. 

Dlatego Twoim ulubionym zwyczajem w Polsce jest uroczystość Wszystkich Świętych?

Chociaż jestem katolikiem, nigdy w Niemczech nie uczestniczyłem w takim święcie. U nas czegoś takiego po prostu nie ma. Miejsca na cmentarzu są opłacane tylko na 25 lat. Po upływie tego czasu groby są likwidowane i mało kto o tym myśli. 

Tymczasem na podkarpackiej wsi, gdzie teraz mieszkam, z okazji 1 listopada wszystko jest obstawione kwiatami i zniczami. Nawet jeśli to ozdoby plastikowe, niekiedy kiczowate, wciąż robią na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam chodzić na wieczorne spacery koło cmentarza. Nieraz sobie myślę, że cmentarz to takie smutne miejsce, ale tutaj może być jednocześnie tak piękne. Mieszkańcy bardzo go ożywiają w tym okresie. Wszystko jest oświetlone – bije od niego taki spokój. Przestaje być miejscem z horroru, gdzie strach zapuszczać się nocą.  

Z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej opublikowałeś film, na którym wraz z polskim księdzem odmawiacie wspólnie modlitwę Zdrowaś Maryjo w intencji pokoju – w języku polskim i niemieckim. Czy wiara zawsze była ważną częścią Twojego życia? 

To, że jestem prawdziwym katolikiem, także zawdzięczam Polakom.

Wychowałem się w Halle – mieście, gdzie żyje 4% katolików. Przy czym z tych 4% zadeklarowanych w spisie, może 10% chodzi w niedzielę do kościoła. 

Dorastałem w otoczeniu bez Boga. 86% mieszkańców Halle żyje bez wiary. Nie powiedziałbym, że są ateistami, bo ateizm jest wiarą w to, że nie ma Boga. A oni nawet się nad tym nie zastanawiają. To jest życie bez wiary i bez przyszłości.  

Do której grupy należy Twoja rodzina?

Wychowałem się w wierzącej rodzinie, ale przez pierwsze kilkanaście lat mojego życia chodziliśmy do wolnego ewangelickiego kościoła w klimatach charyzmatycznych. Wszystko fajnie, dopóki grała fajna muzyka. Ale żeby poznać prawdziwego Boga, trzeba wejść w to wszystko głębiej. A ja nawet nie wiedziałem, jak odmawia się różaniec. Dopiero moja babcia pochodząca z Dolnego Śląska, kiedy pewnego razu u niej nocowaliśmy, przed snem odmawiała go razem ze mną, żebym się nauczył. 

Piękno katolickiej wiary, to, jak bardzo jest ona treściwa i nadająca sens, poznałem dopiero w Polsce. W Niemczech spotykałem się tylko z bardzo powierzchowną wersją katolicyzmu. Uczęszczaliśmy na mszę, mieliśmy sakramenty, ale nikt nie chodził do spowiedzi. Częściej spowiadałem się po polsku niż po niemiecku. Między mszą świętą w Niemczech i w Polsce są też drobne różnice. Np. Wy mówicie dłuższą wersję „Wierzę w jednego Boga”, a w Niemczech obowiązuje wersja skrócona. Na polskich mszach często mówi się też „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu”. Tego nawet nie umiem mówić po niemiecku.

Miałem ogromne szczęście spotkać na swojej drodze polskich księży i polskich katolików, którzy pokazali mi piękno żywej wiary i pomogli zrozumieć, co to właściwie znaczy być katolikiem. 

Obecnie wiara jest fundamentem mojego życia. Daje mi tyle siły. Życie jest ciężkie. Zawsze nadchodzi jakaś burza. Ale kiedy ma się ten fundament, to zawsze ma się oparcie. Wiem, że nieważne co złego stanie się w moim życiu, to mam fundament. Teraz na świecie dzieje się tak wiele rzeczy, na które się nie godzę. Ale jestem spokojny, bo wiem, że na sam koniec Chrystus zwycięża. Jestem wdzięczny, że otrzymałem łaskę wiary. 

Masz swój ulubiony kościół w Polsce?

Kochałem chodzić na msze studenckie na Miasteczku AGH w Krakowie. Nawet zacząłem tam służyć – zostałem ministrantem w wieku dwudziestu kilku lat. To było bardzo cenne. 

Katolicyzm to nie tylko religia, ale styl życia. Wymaga od ciebie, żebyś stał się najlepszą wersją samego siebie. Katolicyzm dąży do tego, żeby człowiek przez całe życie się rozwijał i wydobywał z siebie to, co najlepsze. Ostatnio zastanawiałem się nad tym, dlaczego nie można zostać świętym za życia. Kościół mianem świętych tytułuje tylko tych, którzy umarli. To bierze się z założenia, że człowiek żyjący z Bogiem, z każdym dniem, krok po kroku staje się coraz lepszy. Dopiero w ostatniej sekundzie swojego życia jest najlepszą wersją samego siebie. Kiedy całe życie nad sobą pracujesz, to dopiero w ostatniej sekundzie swojego życia stajesz się tym, kim masz być.

Rozumiem, że studiowałeś w Krakowie?

Tuż po maturze byłem niemieckim policjantem. To trwało łącznie trzy lata: najpierw rok praktyki, potem służba. Ale już wtedy przyjechałem na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa, na których poznałem moją żonę. Później zdecydowałem się studiować w tym mieście.

Znałeś już język polski?

Znałem trochę polskich słów i mówiłem pierwsze zdania, których nauczyłem się na pamięć. Na początku uczyłem się przez aplikację w telefonie. Potem uznałem, że nie da się nauczyć tego języka bez znajomości polskiej gramatyki. 

Najpiękniejszy film na Twoim kanale to ten, który nagrałeś dzień po narodzinach swojej córki. Mówisz w nim, że jesteś wdzięczny żonie i poruszony, że niecałe 80 lat po II wojnie światowej z miłości przychodzi na świat dziecko w polsko-niemieckiej rodzinie. Czym dla Ciebie jest miłość?

Miłość ma różne oblicza. Miłość do mojej żony jest zupełnie inna niż miłość do mojej córki czy do mojej matki. W miłości szczególnie podoba mi się to, że nie trzeba jej dzielić. Jeśli masz 100% miłości do żony, to możesz mieć kolejne 100% miłości do córki i 100% miłości do matki. Im więcej osób decydujesz się kochać, tym więcej masz w sobie miłości. Miłość zmniejsza się tylko wtedy, kiedy się na nią zamykasz. 

Bóg jest miłością. Jakkolwiek patetycznie to brzmi – nie mam lepszej definicji miłości. 

Niedawno skończyłeś 30 lat. Jakie największe marzenia i osiągnięcia udało Ci się zrealizować w swoich latach dwudziestych?

Jestem bardzo wdzięczny, że nie zmarnowałem swoich lat dwudziestych. Chciałem założyć rodzinę. Poznałem żonę, mam dziecko. Po drugie znalazłem swoją pasję, coś, czym mogę się zajmować. Ciekawi mnie wszystko, co jest polskie i polsko-niemieckie. Nasza wspólna historia, która jest trudna, ale mogę o niej rozmawiać cały czas. Dzięki tej pasji jestem wypełniony sensem. Wiem, że to co robię, jest nie tylko ciekawe, ale też sensowne – że warto postarać się o nasze polsko-niemieckie relacje. 

To co robisz, ma także sens dla wielu ludzi, którzy Cię obserwują i pozytywnie reagują na Twoją obecność w internecie. Bardzo szybko zbudowałeś wokół siebie społeczność kilkudziesięciu tysięcy ludzi.

Tak, to stało się w ciągu roku.

A po trzecie odnalazłem swój fundament. Cieszę się, że moja wiara nie ulotniła się na przestrzeni lat, tylko stała się prawdziwym fundamentem. To są trzy najważniejsze rzeczy z moich lat dwudziestych, za które jestem naprawdę wdzięczny.

Wiara, nadzieja, miłość.

Tak, wiara, nadzieja, miłość.

Paryżewo

Czytaj oraz wspieraj dziennikarstwo i publicystykę na wysokim poziomie.
Zobacz, kto mnie rekomenduje:
Więcej
paryzewo.pl 2023 - wszystkie prawa zastrzeżone