17 lutego, 2024

Wspomnienia z wojny krymskiej dziadka Mateusza i „Ziemia obiecana”, czyli Łódź w latach 1897-1914. Niepublikowany pamiętnik Witolda Kolanka

Uważam, że ten człowiek, który nie zna dziejów swojego pochodzenia, lub nie chce o nich pamiętać, jest bardzo ubogi i nie wart jest tego, że go ziemia nosi. Nie pozna też nigdy swojej wartości. (...) Nasi przodkowie stanowili cząstkę społeczności, tworzącej naszą historię. A naszym obowiązkiem jest znać ich dzieje, gdyż dali oni początek naszej rodzinie. 

Witold Kolanek (1911-1990?)

Witold Kolanek to stryj mojego chłopaka, który pod koniec życia spisał w dwóch tomach wspomnienia swojego ojca i dziadka. Jego dotąd nie wydany i nigdy nie pokazany szerszej publiczności pamiętnik to niezwykle cenne źródło informacji o losach rodzin chłopskich w XIX i na początku XX wieku, zamieszkujących tereny dzisiejszego województwa łódzkiego. Obdarzony talentem narracyjnym stryj Witold snuje opowieść o dziadku Mateuszu (prapradziadku mojego chłopaka), służącym w marynarce rosyjskiej podczas wojny krymskiej (1853-1856). A także o dzieciństwie jego syna Michała na głuchej wsi Wielgie, pośród dworskich paniczów, i o jego awansie społecznym w Łodzi. A wszystko to na tle panoramy społecznej tętniącego wówczas życiem miasta. Nie zabrakło też barwnych opisów nastrojów społecznych w Łodzi i okolicznych wioskach w przededniu I wojny światowej.

Za zgodą rodziny, postanowiłam przepisać, zredagować i opublikować fragmenty pamiętnika Witolda Kolanka na Paryżewie. Drugą część wspomnień, dotyczącą życia codziennego w Wieluniu w latach 1915-1939, opublikuję wkrótce!

Dziadek Mateusz na wojnie krymskiej

Najstarszym naszym przodkiem po mieczu, tj. po moim tatusiu, do jakiego udało mi się dotrzeć, był mój dziadek Mateusz Kolanek, urodzony w 1836 roku. Znałem swojego dziadka dobrze, gdyż żyłem razem z nim do 15. roku życia. Przez 15 lat mieszkaliśmy razem, a przez ostatnie 7 lat życia dziadka Mateusza spałem z nim w jednym pokoju. Przez wiele nocy, zamiast w swoim łóżku, spałem razem z dziadkiem pod jedną pierzyną. Zamęczałem staruszka niemiłosiernie: 

– Dziadek, opowiadaj! – I dziadek opowiadał. 

Nieraz zmęczony czy chory, ale opowiadać musiał, gdyż znalazłem na dziadka sposób, aby opowiadał dużo. Dziadek był nałogowym palaczem, wypalał mnóstwo skrętów z machorki. Miał już wtedy ponad 80 lat, ale zachował dobrą pamięć. Czasem dziadkowi zabrakło pieniędzy na machorkę. Ja zaś miałem swoje pieniądze i mu ją kupowałem. Kiedy dziadzio zasypiał, dawałem mu szczyptę machorki. Więc dziadzio palił, i opowiadał dalej. 

Dziadek Mateusz urodził się w 1836 roku w maleńkiej, ubogiej wiosce. Wioska nazywa się Wielgie. Leży 20 km na północ od Wielunia i 85 km na południe od Łodzi. W takich warunkach Mateusz dorósł do 18. roku życia na ziemi okupowanej przez Rosję. Carowie rosyjscy prowadzili nieustanne wojny, więc potrzebowali coraz więcej mięsa armatniego. Przymusowo pobierano młodzież polską do wojska rosyjskiego, co nazywało się „branką”. Dziadka Mateusza zabrano do wojska w 1854 roku – na 25 lat. Wraz z innymi rekrutami został przeniesiony powozem konnym pod eskortą żandarmów do Piotrkowa Trybunalskiego, czyli miasta gubernialnego. Tam dziadek Mateusz stanął przed komisją lekarską. Musiał być chłopakiem na schwał, w dodatku rozgarniętym, mimo że był analfabetą. Został wcielony do marynarki wojennej – a tam zawsze kierowano bardziej inteligentnych rekrutów.

Pod konwojem żandarmów przyszli marynarze ruszyli do Odessy – portu nad Morzem Czarnym. Ta podróż po bezdrożach wozami konnymi trwała około dwóch miesięcy. W Odessie rekruci musieli nauczyć się mówić po rosyjsku, pisać, czytać i rachować. Szkolenie trwało 5 lat i obejmowało szeroki wachlarz wiadomości, takich jak: nawigacja, znajomość morza, rozpoznawanie okrętów wojennych własnych i wroga, obsługa armat, sposoby walki, desantowanie, celowanie, namiary, abordaż, ratownictwo i wiele innych. W ramach szkolenia odbywały się także ćwiczenia i manewry. 

Głównym przeciwnikiem Rosji na Morzu Czarnym była Turcja. Posiadłości tureckie obejmowały wówczas dzisiejszą Rumunię, Bułgarię, Grecję, Albanię, część Jugosławii i Czechosłowacji [Witold Kolanek pisał ten pamiętnik około 1985 roku – przyp. aut.].  Podczas wojny krymskiej na Morzu Czarnym stanęły naprzeciwko siebie dwie potęgi morskie. Dziadzio służył najpierw na małych, ale zwinnych i dobrze uzbrojonych kanonierkach. Kanonierki dokonywały najwięcej dalekich rajdów zapoznawczych i staczały najwięcej bitew morskich, dlatego były najbardziej narażone na zatapianie. Dziadzio opowiadał mi, że dwa razy był zatapiany wraz z okrętem. Szczęśliwie uratował się na tratwach. Musiał być świetnym pływakiem. Po skończonym kursie w Odessie dziadek został zaokrętowany na duży krążownik „Grozny” i przeniesiony do Sewastopola na Krymie. Była to największa baza okrętów rosyjskich na Morzu Czarnym. Ponad sto lat później od opisywanych wypadków czytałem książkę o wojnach na Morzu Czarnym, dzięki której dowiedziałem się, że taki krążownik wchodził wtedy w skład floty rosyjskiej, i że służyli na nim Polacy. 

Podczas swojej 25-letniej służby na morzu dziadek Mateusz ani razu nie był na urlopie. Nie pisał też listów do domu, bo po cóż miał je pisać, skoro w domu nikt nie umiał czytać ani pisać. Do rodziców dziadka dochodziły tylko wiadomości, że Mateusz żyje. Te wieści przywozili inni marynarze, którzy po zwolnieniu z wojska wracali do domów. 

Nadszedł rok 1879 – koniec służby marynarskiej i powrót do rodzinnej wsi Wielgie. Po 25 latach bieda we wsi była ta sama, ale w międzyczasie nastąpiło uwłaszczenie chłopów. Pod wpływem wielu ruchów społecznych i niepodległościowych car rosyjski został zmuszony do zniesienia zależności własności od panów i przyznania chłopom ziem na własność. Ojciec dziadka Mateusza musiał być niezłym spryciarzem, gdyż podczas uwłaszczenia wytargował za darmo 50 mórg ziemi, czyli około 10 hektarów. W zabiegach o przyznanie tej ziemi pomogło mu to, że jego syn służył w wojsku rosyjskim, w dodatku w marynarce.

Dziadzio Mateusz, wracając do domu w 1879 roku, miał już 43 lata. Zastał spore gospodarstwo, ale i dwoje staruszków. Lata późne, roboty w bród, więc trzeba było jak najprędzej się ożenić. Ożenił się jeszcze w tym samym roku. I tu ironia losu: przez 25 lat dziadzio służył na morzu, bił się z Turkami, zabił niejednego z nich. A tu wraca do domu i żeni się z Anną Turek. W następnym roku, tj. w 1880 przyszedł na świat jego pierwszy syn Michał – czyli mój ojciec. Z kolei rok później urodziła się córka Maryna. Rodzina dziadków, łącznie z dwojgiem dzieci, zaczęła ciężko pracować, bo wiele trzeba było zaczynać od nowa, a bieda na wsiach była ogromna. 

Dzieciństwo we wsi Wielgie w latach 1880-1897

Wczesne dzieciństwo mojego ojca Michała było równie ciężkie jak każdego dziecka. Chodziło chłopię w zgrzebnych portkach i koszuli. Latem boso, zimą w lipowych trepach. Kiedy miał 5 lat, doglądał gęsi, kaczek i czasem łowił ryby w pobliskiej rzece. Zbierał też grzyby i jagody. W wieku 7 lat był już dobrym rybakiem, więc co większe sztuki zanosił do dworu i sprzedawał je za grosze. Później wybierał się na łowy jako kłusownik. Nieraz zjawiał się we dworze z kuropatwą czy bażantem. Panicze bardzo interesowali się żywą zwierzyną, więc nieraz chodzili z Michałem na takie łowy, lub na podbieranie z gniazd dzikich gołębi. 

Z czasem Michaś został stangretem na dworze – jeździł z panienkami i paniczami na wycieczki do lasu. Latem dzieci dziedzica prawie codziennie odbywały naukę na świeżym powietrzu – w ogrodzie lub na leśnych polanach. Lekcje prowadził guwerner albo nauczycielka. Michał pilnie przysłuchiwał się tym lekcjom, więc nauczył się czytać i pisać po polsku. Zjednał sobie nie tylko paniczów, ale i dziedziców, gdyż dalej przynosił im w prezencie gołębie, kuropatwy i bażanty. Widząc zainteresowanie chłopca nauką, dziedzice zezwolili mu na nią także w dworze. Dziadek Mateusz wiele razy narzekał, że z Michała nie wyrośnie nic dobrego, bo zamiast przyłożyć się do gospodarki, ciągle się uczył. W wieku 17 lat Michał umiał czytać, pisać, rachować, poznał też nieco historii i geografii. 

Kiedy Michał kończył 18 lat, tak jak jego ojcu groziła mu branka do wojska na 25 lat. Nikomu w domu to się nie uśmiechało. Na poufnej naradzie rodzinnej postanowiono, że Michał musi zniknąć ze wsi. Nie mógł uciekać do sąsiednich wiosek ani pobliskich małych miasteczek, takich jak Wieluń czy Sieradz, gdyż tam żandarmeria mogłaby go łatwo znaleźć. W rachubę mogły wchodzić tylko duże miasta, na przykład gęsto zaludniona Łódź. Jak uradzono, tak uczyniono. Mama Michała dała synowi bochenek chleba, osełkę masła, kawał sera, a ojciec Mateusz trochę grosiwa, czyli kopiejek. Chłopak żegnany błogosławieństwem, znakiem krzyża oraz rzęsistymi łzami rodziców i siostry, opuścił dom rodzinny. 

Kilka miesięcy po ucieczce Michała do zagrody dziadka Mateusza zawitała żandarmeria rosyjska. Żandarmi zaczęli plądrować całe gospodarstwo w poszukiwaniu rekruta. Wymyślali i grozili dziadkowi. Podczas gdy jedni wypytywali sąsiadów i zgarniętych rekrutów, czy nie wiedzą, gdzie jest Michał, inni tłukli dziadka, babkę i siostrę Marynę batogami, aby przyznali się do miejsca ukrycia Michała. Nikt się nie przyznał. Sąsiedzi i rekruci zaświadczyli, że już od kilku miesięcy nikt nie widział we wsi chłopaka. Dziadek został aresztowany, bito go w więzieniu. W areszcie przedstawił papiery wojskowe poświadczające, że przez 25 lat służył w marynarce rosyjskiej i odwołał się do Urzędu Gubernialnego w Piotrkowie Trybunalskim. Po kilku miesiącach urząd okazał łaskę i dziadek został zwolniony z więzienia.

Łódź, czyli Ziemia obiecana” (1897-1912)

Łódź była oddalona od wsi Wielgie o 85 km. Do miasta prowadził prosty gościniec, ale droga ta nie była ani łatwa ani bezpieczna. Michał nie mógł iść gościńcem, gdyż ten był stale patrolowany przez oddziały żandarmerii. Takiego młodego łazika, w dodatku bez żadnych dokumentów osobistych, łatwo było sprzątnąć. Ponadto po bokach traktu zawsze czatowali rzezimieszki, którzy grabili podróżnych, a następnie znikali w leśnych kniejach. Byli to ludzie lasu, których bieda zmuszała do rabunku. Zdarzały się nawet zabójstwa.

Michał musiał iść lasami, pilnie bacząc na gościńce. Przekraczał bagna, rzeki i strumyki. Droga do Łodzi, którą z łatwością mógł przebyć w ciągu 2 dni, zajęła mu drugie tyle. Noce przesypiał w stogach słomy lub siana. Żywił się tym, co dostał na drogę, popijał wodę ze strumyków. Piątego dnia o świcie wkroczył na przedmieścia Łodzi.

Z miejsca został oszołomiony tym, co zobaczył. Ogromne fabryki, wysokie kominy, duże domy, wspaniałe kościoły. Szerokie ulice, a na nich tłumy ludzi, niekiedy pięknie ubranych. Mnóstwo dorożek, karet, kolorowych wystaw sklepowych. Prawie cała zabudowa murowana. Zupełnie zagubił się w tym tłumie. Wałęsając się bez celu po mieście, trafił na pryncypalną ulicę Łodzi – Piotrkowską. Zachłysnął się pięknymi witrynami, pełnymi rozmaitego towaru. Mijał podróżnych mówiących innym językiem niż polski i rosyjski. Byli to Żydzi, noszący długie ubiory i brody, a także Niemcy, którzy stanowili wtedy ponad połowę ludności Łodzi. 

Wędrując ulicą Piotrkowską, Michał zatrzymał się przed dużą wystawą magazynu z obuwiem. Wówczas wystawni rzemieślnicy wyrabiali arcydzieła rękodzielnicze. Dzisiaj nigdzie się tego nie uświadczy. Ówczesny szanujący się zakład szewski nigdy nie umieściłby na wystawie dzisiejszego obuwia, które jest fabryczną sztampą i tandetą. W tamtych czasach eleganckie sklepy z obuwiem były rzeczywistymi salonami sztuki rzemieślniczej. Nie było czegoś takiego jak reklamacja. Mój tata Michał zobaczył te cudeńka i kiedy miał już odchodzić, przeczytał na drzwiach wejściowych wywieszkę „Przyjmę na naukę ucznia”. 

Minęło dalszych kilka dni łazęgi po ulicach miasta, skończyły się zapasy żywności zabrane z domu i kopiejki. Michał kilka razy wracał pod sklep, wywieszka wisiała nadal. Jakżeż przydała się nauka czytania i pisania! Mój ojciec chwytał się za klamkę i bał się wejść do środka. Niczego lepszego jednak nie znalazł, nie widział dla siebie innej alternatywy. Z duszą na ramieniu wszedł do magazynu i zgłosił się jako kandydat na ucznia. Nie poszło mu to łatwo, gdyż wówczas to rodzice musieli płacić za naukę ucznia. Wysokość opłat była zależna od lat nauki i rangi zakładu. Największe opłaty rodzice musieli wnosić za pierwszy rok nauki, gdyż wtedy rzemieślnik miał najmniej korzyści z ucznia. Opłaty za drugi rok nauki były o wiele niższe, a w trzecim całkowicie znikały. Płacić należało nie tylko za naukę, ale także za mieszkanie i wyżywienie. Opłaty można było wnosić w gotówce lub w naturze. Poza tym Michał był jeszcze nieletni, nie miał ukończonych 18 lat. 

Właściciel zażądał przybycia rodziców, aby uzgodnić sprawę opłat i podpisania umowy. Michał wyjaśnił, skąd pochodzi, dlaczego znalazł się w Łodzi i przedstawił, że rodzice w żadnym wypadku przybyć nie mogą. Właściciel sklepu bał się, czy taki przybłęda nie okaże się złodziejem i przy pierwszej lepszej okazji nie okradnie sklepu z obuwia. Tym bardziej, że Michał nie miał żadnych dokumentów. Po dłuższych rozmowach i namysłach szewc zgodził się przyjąć Michała. Jednak pod warunkiem, że chłopak podpisze umowę, w której zobowiąże się do czwartego roku bezpłatnej pracy jako odrobek za naukę i utrzymanie. Były to twarde warunki, ale Michał musiał je przyjąć. Podpisał umowę, i został przyjęty. 

Pierwsze cztery lata pobytu mojego taty w Łodzi znam wyłącznie z jego relacji. Ojciec nie był gadułą, nie lubił się uzewnętrzniać. Trudno było namówić go do opowiadania swoich młodzieńczych przeżyć. Wydaje mi się, że wstydził się swojej przeszłości. Był samoukiem. Znał dobrze dwa języki obce – rosyjski i niemiecki, gdyż pod okupacją rosyjską spędził 17 lat życia, a w Łodzi następne 18 lat. W roku 1897, kiedy ojciec uciekał przed branką do wojska, nie zdawał sobie sprawy z niezwykle doniosłego faktu, że żegnając się z gniazdem rodzinnym, raz na zawsze żegna się z gniazdem włościańskim. Po czterech dniach pieszej wędrówki do Łodzi od razu przedzierzgnął się w mieszczanina, trafiając pod dach zamożnego szewca i kupca. Na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, która była wówczas pępkiem miasta, mieściły się najelegantsze restauracje, kawiarnie, hotele, pałace burżuazji polskiej i niemieckiej, teatry, wytworne sklepy i magazyny. Pryncypał Michała musiał być zatem dobrym i bogatym fachowcem, musiał pasować do głównej arterii miasta. 

Wstępując do terminu, Michał zrobił zupełnie nieświadomie drugi poważny krok. Chociaż znalazł się na najniższym szczeblu rzemiosła, od razu przeskoczył niezliczone rzesze proletariatu miejskiego, nędzy i biedoty – całych mas stróżów, sprzątaczy ulic, robotników od łopaty, woźniców. Tylko od Michała zależało, jak potoczą się jego dalsze losy. Widział duże szanse, i wykorzystał je. Postawił sobie jasny cel i konsekwentnie do niego dążył, wielkim nakładem nauki i pracy. Ogromnym plusem charakteru ojca było niesłychane zamiłowanie do nauki i docenianie potęgi wiedzy. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że tylko wybitni fachowcy mogą do czegoś dojść, wybić się.

W pierwszych tygodniach w zakładzie Michał był popychadłem do wszystkiego. Zamiatał warsztat, mył podłogę, chodził po posyłki i na drobne zakupy przyborów szewskich. Przyrządzał też śniadania dla czeladników. A warsztat był duży, pracowało w nim 30 ludzi. Michał spał na antresoli, na którą wchodził po drabinie. 

Ojciec był spostrzegawczym obserwatorem. Dostrzegł, że jego towarzysze, znakomici fachowcy, wyglądali na starszych niż ich rzeczywisty wiek. Ich blade, pomarszczone twarze, zgarbione plecy i ciężki chód zdradzały, jak ciężką wykonywali pracę przez 12 godzin dziennie, od 7:00 do 19:00. Do wyniszczenia ich organizmów niewątpliwie przyczyniło się także powszechne wówczas pijaństwo. Każda niedziela była dniem libacji alkoholowych, przez co zupełnie nieprzytomny delikwent na drugi dzień był niezdolny do pracy. To właśnie z tych czasów pochodzą znane do dziś powiedzenia: „pijany jak szewc” czy „szewski poniedziałek”. Po niedzielnym pijaństwie rzadko kiedy zdarzało się, aby ktoś w poniedziałek przychodził do pracy. Pracowano przez 5 dni w tygodniu. 

Czeladnicy z warsztatu nie mieli dostępu do magazynu surowców. Właściciel zatrudniał krojczego, który przy pomocy specjalnych drewnianych form wycinał z całych skór spody twarde. Każdy rzemieślnik miał swój kajet, w którym zapisywano, ile par cholewek i spodów otrzymał. Rozliczał się z tego w każdą sobotę. Materiały otrzymywał na cały tydzień pracy i trzymał je w szufladzie pod warsztatem, zamkniętej na klucz, aby uniknąć ewentualnego podkradania skór. Podczas oddawania gotowego obuwia każda para butów przechodziła podwójną kontrolę. Pierwszą przez krojczego, drugą przez samego szefa. Nie mogło być żadnych bubli. Przydział tygodniowy wynosił od 4 do 5 par butów, gdyż więcej rzemieślnik nie był w stanie zrobić.

Michał dostrzegł też szybko, gdzie siedzi mistrz nad mistrze, a gdzie słabszy rzemiacha, i że płace rozliczeniowe były bardzo zróżnicowane. Ci, których Michał uznawał za mistrzów, dostawali znacznie wyższą płacę od każdej pary butów niż ich słabsi koledzy. Przekonał się, że opłaca się robić dobrze, i podpatrywał wyłącznie pracę mistrzów. Tak minęło półtora roku terminu. Michał przeszedł w tym czasie wszystkie szczeble nauki – od reparacji starego obuwia do szycia eleganckich bucików. Miał duże zdolności manualne. Porównując swoją uszytą parę butów z parą wykonaną przez najlepszego mistrza, nie doszukiwał się różnicy. Sam został mistrzem w tak krótkim czasie. Zaowocowała niesamowita pracowitość, pilność, ambicja i poczucie odpowiedzialności. Chociaż posiadł wszystkie tajniki rzemiosła, czekało go jeszcze 2,5 roku ciężkiej, bezpłatnej harówki. Toteż w swych dalekosiężnych planach posłużył się podstępem. Dogadał się z najlepszym mistrzem, aby ten odstąpił mu jedną parę butów, a Michał uszyje mu drugą taką samą na jego konto. Swoją propozycję poparł butelką wódki, więc ten się zgodził. Półtora dnia później mistrz zaniósł do krojczego dwie identyczne pary butów. Ten zdziwił się, że w tak krótkim czasie mistrz wykonał aż dwie pary. Krojczy obejrzał dokładnie buty i nie stwierdził żadnych wad. Zapisał do zeszytu mistrza dwie pary. Chlebodawca Michała także zdziwił się, kiedy zobaczył na półce mistrza dwie, zamiast jednej pary. Niemniej obie pary butów zostały zakwalifikowane jako bez zarzutu. 

Podstęp się udał. Mistrz i Michał oświadczyli, że wyznaczyli sobie konkurs – jedna para została zrobiona przez mistrza, druga przez Michała. Para wykonana przez Michała wewnątrz buta została oznaczona małą kreską zrobioną kredą. Pryncypał stwierdził, że konkurs pozostaje nierozstrzygnięty.

Na tym się nie skończyło, gdyż kilka dni później Michał stanął przed majstrem i poprosił o egzamin na czeladnika. Chlebodawca nawet nie chciał o tym słyszeć. Powoływał się na umowę podpisaną przez Michała i przepisy ustalające 3-letni okres terminatorstwa. Był nieubłagany. Chłopak jednak nie załamał się. Po pewnym czasie zaczął znikać z warsztatu na niedziele i poniedziałki wolne od pracy. Od swoich towarzyszy dowiedział się, że na drugim końcu ul. Piotrkowskiej ma swój zakład przewodniczący cechu szewców, który jest wielkim społecznikiem, przychylnym braci szewskiej. Michał zameldował się u niego, wyłuszczył mu sprawę i prezes przyjął go do pracy na te dwa wolne dni – już za wynagrodzeniem i przyrzeczeniem, że postara się o egzamin dla Michała przed ustawowym terminem. I tak się stało. 

Pierwszej części egzaminu Michał nie potrzebował już zdawać, gdyż sam przewodniczący cechu był świadkiem jego samodzielnych umiejętności. Praktyczny egzamin uczeń składał w obecności delegata cechu, który cały czas siedział obok niego i śledził pracę od początku do końca. Druga część egzaminu musiała się odbyć już wobec grona sędziów w cechu. Na tej części egzaminu obowiązywała teoretyczna znajomość przedmiotu. Uczeń dostawał kawałki skóry twardej lub miękkiej i musiał poznawać, co to za skóra. Pokazywano różne przybory szewskie – uczeń musiał określać, do czego służą. Egzamin Michał zdał celująco i został wyzwolony na czeladnika. 

Z dyplomem w kieszeni Michał stanął przed chlebodawcą. Pokazał mu świadectwo czeladnicze i wyraził żal, że musiał uciec się do fortelu. I że zamiast otrzymać taki papier w macierzystym zakładzie, szukał go przez obcych, co kosztowało go półtorarocznej pracy w niedziele i poniedziałki. Pryncypał, zamiast rozsierdzić się jak Michał przewidywał, pogratulował mu sukcesu. Przyznał, że popełnił błąd i zaproponował, aby o sprawie zapomnieć. Sprawy to jednak nie załatwiło. Papiery czeladnicze uprawniały do płatnej pracy, ale Michała obowiązywała podpisana umowa czteroletniego bezpłatnego terminu, tj. 3-letniego okresu obowiązkowego i czwartego za darmowy termin w zamian za nieopłacony okres nauki. Pryncypał i Michał uzgodnili wspólnie, że Michał pozostanie nadal w zakładzie jako czeladnik przez dalsze pół roku, ale bezpłatnie. Ta umowa była dla Michała już bardzo korzystna, gdyż skracała mu okres nauki o półtora roku. Uzgodniono też dalsze warunki jak ten, aby Michał za pracę w dwa dni wolne otrzymywał zapłatę. Ponadto po upływie półrocznym pryncypał wystąpi do cechu o papiery mistrzowskie, gdyż tylko te upoważniały Michała do otwarcia samodzielnego zakładu. Michał więc przez dalsze pół roku zarabiał marki i pracował na dyplom najwyższy, pełnoprawny. Pracował chłopak bardzo ciężko, ale upór i cel doprowadziły do upragnionego końca. 

Po upływie 2,5 roku pilnej nauki i katorżniczej pracy Michał otrzymał dyplom mistrzowski. Miał wtedy niecałe 20 lat. Miał też nieco zaoszczędzonego grosza, gdyż alkoholikiem nie był, papierosów nie palił, kupował jedynie książki i gazety. Wiedza pociągała go nade wszystko. Chłopak zaczął rozglądać się za własnym zakładem. Szczęście mu sprzyjało. Od towarzysza pracy dowiedział się, że przy ul. Gubernatorskiej 22 jest sklep do wynajęcia. Sklep ten wydzierżawił. Mieścił się on w dużej dwupiętrowej kamienicy. Oprócz sklepu na zapleczu były dwa pomieszczenia, a w samym sklepie urządzenia po likwidacji dawnego interesu tekstylnego. Pożegnał dotychczasowego chlebodawcę i zaczął urządzać sklep. Brakowało mu ludzi do pracy. Udał się do cechu do prezesa, którego znał. Musiał zarejestrować firmę, poprosił też o pomoc w znalezieniu pracowników. Wkrótce skompletował zespół i sklep został otwarty.

Interes poszedł znakomicie. Nie była to jakaś specjalna zasługa Michała, gdyż punkt był dobry, a trzeba wiedzieć, że wówczas było zupełnie odwrotnie niż jest dzisiaj. Obecnie niemal 100% Polaków chodzi w obuwiu fabrycznym. Warsztaty szewskie zachowały się w szczątkowym stanie. Z kolei za czasów Michała fabryk obuwia nie było wcale. Pełne zaopatrzenie ludności spoczywało na barkach rzemiosła. Szewcy mieli więc zapewniony byt i roboty huk.

Gdy Michał się już urządził, trzeba było zacząć rozglądać się za żoną. Dotychczas o tym nie myślał, bo nie miał na to ani czasu ani warunków. Teraz warunki miał już właściwe, doszedł też do 22 lat życia. Ponadto potrzebował pomocy, gdyż sam nie nadążał. Traf sprawił, że w tym samym domu na piętrze, w którym mieścił się jego zakład, mieszkały cztery samotne kobiety. Matka z trzema córkami. Nazywały się Sierosławskie. Matka zajmowała się gospodarstwem domowym, dwie starsze córki pracowały w fabryce rękawiczek, a najmłodsza kończyła szkołę. Mieszkając obok siebie, często dochodziło do spotkań. Zapoznali się. Michał zaczął bywać u pani Sierosławskiej w wiadomym celu. Decyzja była szybka – wybrał na towarzyszkę życia najstarszą córkę Marię. 

Wkrótce odbył się ślub i wesele. Moja przyszła mama porzuciła pracę w fabryce rękawiczek i przeniosła się do męża. Jednym ze świadków był znajomy mamy pan Krzemianowski. Mieszkał w tym samym domu i prowadził duże przedsiębiorstwo. Miał kilkanaście dorożek konnych, karety ślubne, a nawet karawan pogrzebowy. W podwórzu domu były duże stajnie dla koni i oficyny dla woźniców. Opisuję tę postać dlatego, że początkowa znajomość przekształciła się w serdeczną przyjaźń i wzajemną pomoc. W niecały rok po weselu, 12 stycznia 1903 roku, przyszedł na świat pierwszy syn, Arkadiusz Kolanek. Pierworodnemu nadano takie imię, gdyż przyniósł je sobie zgodnie z kalendarzem. Osesek był jakiś niewydarzony, mały i chorowity. Obawiano się o jego życie, choćby dlatego, że śmiertelność niemowląt była wówczas zatrważająca. Należało oseska jak najszybciej ochrzcić, aby w najgorszym przypadku nie poszedł do nieba z piętnem grzechu pierworodnego. Osesek wprawdzie przeżył i wyzdrowiał, ale wyrósł zaledwie na mikrusa. Adek był małym człowieczkiem, ale o tęgiej głowie, najmądrzejszym z nas wszystkich. Po ojcu odziedziczył zamiłowanie do nauki i spryt do interesów. 

Dwa lata później, 2 maja 1905 roku urodził się drugi syn Zygmunt. W rok później trzeci syn Wiktor, ale zmarł po urodzeniu. Po następnych dwóch latach urodził się Henryk, ale i ten zmarł tuż po urodzeniu. Rodzice przerwali tę serię nieszczęśliwych urodzeń, wzięli na przetrzymanie, i dopiero 6 czerwca 1911 roku urodziłem się ja sam. Na imię dano mi Witold. Rodzice nie bardzo byli zadowoleni z chłopaka, gdyż po urodzeniu czterech synów (w tym dwóch zmarło) oczekiwali córki. Doczekali się jej – 15 sierpnia 1912 roku urodziła się wreszcie upragniona córka Maria Melanja. Na Meli, bo tak ją w domu nazywaliśmy, zakończyła się seria urodzin w Łodzi. Chociażby szybkie powiększenie rodziny świadczyło o tym, że materialnie rodzice stali możno. Interes rozwijał się wspaniale. Babka Julia zarządzała całym domem, były też dwie służące, w tym jedna specjalnie do dzieci. Sklep stał się bogaty, a skarbonka rodziców pęczniała od nadmiaru pieniędzy. Dorobili się wielkiego majątku.

Łódź w przededniu I wojny światowej

Zdawało się, że nic już nie brakuje do życia w dobrobycie. Tymczasem nad Łodzią, całym krajem i Europą pojawiły się czarne i groźne chmury. W roku 1911 zaczęło do Łodzi napływać mnóstwo młodych ludzi – uciekinierów z terenów południowo-wschodniej Polski, tzw. Galicji. Zbiedzy opowiadali, że Austriacy masowo wcielają do wojska mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Z kolei w 1912 roku klienci sklepu opowiadali rodzicom, że na własne oczy widzieli ogromne stada bydła pędzone przez Niemców na zachód. Długie pociągi towarowe, wypełnione zbożem oraz bitymi i żywymi świniami, odchodziły na zachód. Niemcy robili zapasy wojenne. Za produkty płacili wysokie ceny, więc naiwni Polacy chętnie wyzbywali się płodów rolnych i zwierząt. Nie orientowali się, że niebawem te marki niemieckie miały stać się zwykłym papierem bez żadnej wartości. Pod wpływem tych tajemnych opowiadań rodzice już od roku robili duże zapasy żywności. Gromadzili je w magazynach pana Krzemianowskiego. 

Łódź stawała się coraz bardziej niespokojna. Chodziły słuchy, że Austriacy biją się już z Włochami. Węgrzy żądają oderwania się od Austrii. Kocioł bałkański zaczynał wrzeć. Wybuchały rebelie i powstania w Rumunii, Bułgarii, Grecji, Serbii, Chorwacji. Wojna wisiała w powietrzu. Zbliżające się niebezpieczeństwo można było już dostrzec na ulicach Łodzi. Mianowicie duży ruch potężnych wozów konnych, wypełnionych dobytkiem uciekających z Łodzi Niemców. W mieście nastąpiło masowe wykupywanie żywności, gromadzenie zapasów. Coraz trudniej było coś kupić do jedzenia. Pod sklepami z żywnością tworzyły się potężne kolejki. Sklepy w mieście bardzo rzadko były otwierane. Powstała panika. Pieniądz tracił coraz bardziej na wartości.

Charakterystyczne dla tych czasów było to, że im bardziej drożała żywność, tym bardziej spadały ceny artykułów przemysłowych. Ludzie wyzbywali się wszystkiego, byle zaopatrzyć się w zapasy żywności. W końcu roku 1912 co biedniejsze masy ludności zaczęły głodować. Rodzice nasi wykorzystywali tę wyjątkową koniunkturę, kupując ogromne ilości skór, cholewek i przyborów szewskich. Najpierw raz w miesiącu, a później dwa i trzy razy szło do wsi Wielgie 8-9 ciężkich furgałów z surowcami i belami tekstyliów. Z pierwszym transportem pojechał ojciec i pan Krzemianowski. Okazało się, że stodoła dziadka Mateusza została prawie cała zapakowana. Transporty docierały do Wielgiego późną nocą, aby ukryć zwożony towar. Ojciec z kumotrem Krzemianowskim poszli do dworu. Ojciec za dzierżawą wielkiej dworskiej zagrody, kumoter po zakup paszy.

Ojciec wydzierżawił nie tylko dworską zagrodę, ale uzgodnił z dziadkiem, że ten za opłatą będzie wyznaczał stróża nocnego do pilnowania swojej stodoły. W ten sposób w ciągu roku, od lipca 1912 do czerwca 1913, we wsi Wielgie zostało zgromadzone wielkie bogactwo ojca. W roku 1913 wojna wisiała już na włosku. Świadczyła o tym masowa ucieczka Niemców z miasta, rekwizycja żywności, przeradzająca się z czasem w brutalny rabunek, rozbijanie magazynów z żywnością, napady.

Kupiony dziś ziemniak, jutro kosztował 10 i więcej razy wyżej. Tak samo chleb i inne produkty. Pojawiły się też w Łodzi duże ilości wojska rosyjskiego. Jako że Łódź leżała blisko granicy z Niemcami, w takiej sytuacji rodzice zatroszczyli się rozsądnie nad swoją „trzódką” – postanowili sprzedać wszystko i wyjechać na wieś. U babci Julii został tylko najstarszy syn Arkadiusz, gdyż chodził już do szkoły, której na wsi nie było. Zostawili babci Julii duże zapasy żywności i sporo pieniędzy. Po czym załadowani na kilka furgonów „wujka” Krzemianowskiego, wyjechali z nami w 1913 roku na wieś. Rozstawali się z Łodzią na zawsze. 

Wojna wybuchła 1 sierpnia 1914 roku. Nasza rodzina na szczęście przetrwała ją w całości. Nie wiadomo, czy opuszczenie Łodzi nie było zbawcze. W Łodzi bowiem, na skutek głodu i epidemii cholery, zmarło dziesiątki tysięcy ludzi. Samo miasto ocalało, ale ludność została zdziesiątkowana. 

Dla naszego ojca okres łódzki był bardzo trudny i pracowity. Jego silny organizm nie doznał uszczerbku. Przybył do Łodzi jako 17-letni chłopak z głębokiej i głuchej wsi. Wyjeżdżał z niej jako dojrzały 33-letni mężczyzna z żoną, trojgiem dzieci i dużym dorobkiem – nie tylko materialnym, ale i intelektualnym. Uczył się dużo, książki wprost zaczytywał, stworzył nawet niezłą bibliotekę. Należy więc ten okres zaliczyć jako szczęśliwy.

Wieś Wielgie w 1914 roku

Cóż tam rodzice zastali we wsi Wielgie? Przede wszystkim 77-letniego starca dziadka Mateusza i niewiele młodszą babcię Anię. Jednoizbowy dom mieszkalny. W oborze 3 krowy, konia, kilka owiec, trochę drobiu i zaniedbaną gospodarkę. W pracach na roli pomagał dziadkowi zięć z sąsiedniej wsi. Ale nie za darmo. Więcej zwoził do swojej stodoły niż do stodoły teścia. Gdyby nie nieznośne warunki mieszkaniowe, można by od biedy przeżyć wojnę, ale trzeba było zakasać rękawy i trzasnąć robotą. Mojemu tacie wcale się to nie uśmiechało. Za bardzo wrósł w życie miejskie, aby je zamienić na pracę na roli. Mylne też były rachuby rodziców na łatwiejsze wyżywienie na wsi niż w mieście. Rychło bowiem znaleźli się we wsi i w zagrodzie dziadka żandarmi rosyjscy, aby rekwirować żywność. Splądrowali i mocno obrabowali całą wieś, najazd żandarmów zaskoczył mieszkańców. Na szczęście zagroda dziadka została oszczędzona. Zabrali tylko jedną krowę. Pomogły tu papiery dziadka o jego 25-letniej służbie rosyjskiej i dobry poczęstunek bimbrem. Żandarmi pili go szklankami na umór.

Rabunek udał się tylko raz. Chłopi ukryli cały dobytek w ziemiankach pokopanych w lasach, dobrze zamaskowanych. Chłopi tłumaczyli funkcjonariuszom, że kilka dni temu inni żandarmi zabrali resztę dobytku, a częściowo sami spożyli żywność. Bici i torturowani, nie wyznali prawdy.

Niesamowity prymityw i ciasnota w chałupie dziadka skłoniły tatę do szukania dla nas lepszego domu. A o to było na wsi bardzo trudno, gdyż inne chałupy były jeszcze gorsze. Poza tym trwała już wojna. Tu muszę opisać, jak wyglądała nasza izba.

Chałupy wiejskie były z reguły jednoizbowe. Większe chaty przegradzano deskami – jedno pomieszczenie służyło za mieszkanie dla ludzi, drugie jako obora. Dziadek miał chałupę mniejszą, tylko dla ludzi. Obora stała oddzielnie. Izby były niskie, zazwyczaj z jednym małym okienkiem, zabitym na mur. Pułapy były drewniane. W pułapie znajdował się otwór na strych. Wchodziło się tam po drabinie. Strych służył jako przechowalnia zboża, mąki, kasz i paszy dla inwentarza. Podłogę stanowiła polepa z ubitej gliny. Część miejsca w izbie zajmował duży piec służący za kuchnię i za piec do pieczenia chleba. Chleb był na wsi tylko własnego wypieku. Palenisko na kuchni było otwarte, nie miało drzwi do zamykania. Drewno wkładano  bezpośrednio do paleniska. Palenisko było przykryte z wierzchu żelazną blachą, na której stawiano sagany do gotowania strawy. Nad paleniskiem znajdował się potężny okap, służący za komin, który jednocześnie ogrzewał izbę. Przy takim paleniu, nawet izby świeżo malowane, po kilku miesiącach stawały się czarne.

Na umeblowanie składały się: ciężki ciosany stół, kilka ław drewnianych i prycze do spania – oddzielne dla rodziców, i oddzielne dla dzieci. Prycze były wyścielane słomą i przykryte zgrzebnym płótnem własnego wyrobu. Okrywano się dużymi pierzynami. Zdarzało się, że na dziecinnych pryczach spało 8-10 dzieci. W jednym kącie izby stały żarna do mielenia ziarna na mąkę. W drugim kołowrotek do przędzenia lnu. Po przyjeździe na wieś myśmy na takiej pryczy spali. O wiele gorzej było w izbach połączonych z oborą, gdyż wtedy zaduch w chałupie był taki sam jak w oborze. Były to więc warunki zbyt prymitywne, niemożliwe do utrzymania czystości czy higieny. Na dodatek, aby nie było za dobrze, przychodzi na świat następny syn, Zenon. Urodził się 28 grudnia 1914 roku. Mój tata nie zasypiał gruszek w popiele. Jeździł po okolicznych miasteczkach i miastach, szukając miejsca na stałe osiedlenie. Małe miejscowości odpadały, gdyż nie było tam szkół. W większych miastach zaś stały silne garnizony wojskowe, przygotowujące się do obrony. Duże miasta były więc niebezpieczne. 

W swoich wędrówkach penetracyjnych tata trafił do Wielunia. 

Ciąg dalszy nastąpi.

Paryżewo

Czytaj oraz wspieraj dziennikarstwo i publicystykę na wysokim poziomie.
Zobacz, kto mnie rekomenduje:
Więcej
paryzewo.pl 2023 - wszystkie prawa zastrzeżone